Szeptam

w waszych snach…

Światło i cień.

leave a comment »

Włączyć to KLIK i czytać dalej.

Zwyczajny bar, można by powiedzieć – speluna, gdzieś na uboczu świata umieszczony przy drodze prowadzącej z jednego pustkowia w drugie. Leniwa muzyka sączyła się przez uchylone drzwi wraz z ściszonym gwarem rozmów i szeptów. Jak to zwykle w takich miejscach bywa powietrze było przesiąknięte dymem z wszelkiego rodzaju cygar, fajek, tanich papierosów i innego szajsu. W prawym rogu knajpy przy stoliku siedział facet, zwrócony twarzą do knajpy, obserwował bywalców z cienia. Wyglądali w dużej mierze na kierowców ciężarówek, których wszędzie było pełno, na zabłąkanych ludzi, którzy chwilowo nie mają żadnego pomysłu na życie. Ćmił fajkę z bliżej nieokreślonym tytoniem i popijał ze szklanki bursztynową whisky czy coś w tym stylu. Wyglądał jak człowiek, któremu nigdzie się nie śpieszy, który nie ma celu, ani domu. W knajpach jak ta, nikt nie posiadał oficjalnych imion, natomiast każdy miał jakąś bardziej lub mniej oficjalną ksywkę czy pseudonim. Do niego nie pasował żaden, a w zasadzie każdy pasował tak samo dobrze. Był człowiekiem bez twarzy, kimś kogo się nie zapamiętuje, człowiekiem cieniem. Dlatego też mówili na niego po prostu Cień bo tak też wyglądał, jak cień kogoś, kim był wcześniej. Za każdym razem gdy ktoś wchodził czy wychodził ze speluny, kiwnięciem głowy pozdrawiał go. Krótkie skinienie prawie jak tajemny sygnał, było oznaką wzajemnego szacunku. Poza tym każdy pilnował swojego interesu.
Ten wieczór był taki jak każdy inny, niczym się nie wyróżniał. Ot, jeden z wielu spędzonych w oparach dymu i różnych wódek. Tym razem jednak drzwi otworzyły się trochę inaczej niż zazwyczaj, inny ton, inna prędkość, coś się zmieniło. Do knajpy zawiali obcy ludzie. Widać, że przejezdni, zagubieni ze źle ukrywanym lękiem oraz jeszcze gorzej graną pewnością siebie powoli, niby nonszalancko zmierzali w kierunku baru. On obserwował ich z lekkim rozbawieniem, ale przede wszystkim z ciekawością. Coś się w końcu działo się coś z pozoru nowego. Ale przecież taki właśnie był plan. Mężczyzna i kobieta, oboje w podobnym wieku, ani starzy, ani młodzi ale widać, że sporo życia mają już za sobą. Ich oczy zdradzały wszystko tym, którzy potrafili widzieć, a nie jedynie patrzeć. Ich zachowanie było dziwne, z jednej strony byli niepewni i obawiali się tego miejsca, z drugiej strony cechowało ich zachowanie ludzi, którzy już nie pierwszy raz znajdują się w podobnej sytuacji. Zamienili kilka słów z barmanem, po czym otrzymali klucz do pokoju oraz dwie szklanki i butelkę. Wolnym krokiem szli wgłąb sali w poszukiwaniu wolnego miejsca gdy wzrok mężczyzny i obserwatora spotkały się niby na moment ale dało się wyczuć gęstniejącą atmosferę jakby świat wstrzymał na chwilę oddech. Obcy skinął siedzącemu w rogu, sam nie wiedział czemu, taki odruch jak jeden samiec drugiemu. Obcy wsadził rękę w kieszeń jakby na znak zakłopotania. Cień wstał. Ruchem ręki i niemalże dworskim skinieniem głową wskazał parze miejsce przy swoim stoliku. W zasadzie sam nie wiedział czemu tak postąpił, może przeczucie czy coś, a przeczuciom zawsze ufał i jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się, żeby go zawiodły. Z pewną dozą niepewności dwoje nieznajomych przysiedli się do stolika.
– Cześć, w tym miejscu nikt nie ma imienia ale mnie nazywają Cieniem. Widzę że nie jesteście stąd, lepiej żebyście usiedli ze mną niż mieli się w coś wpakować.
– Dzięki, nikt nie ma imienia hmm.. no to ja mogę być Nocny, a to moja żona, Poranek. – Cień się roześmiał
– No i fajnie – wyszczerzył w uśmiechu idealne zęby – pasują do was te ksywy – przejezdnych przeszedł dreszcz na widok nienaturalnie doskonałego uśmiechu, no ale głupio by było się teraz wycofać i uciec z podkulonym ogonem. Byli dziennikarzami – ich zawód wymagał od nich pewnej dozy szaleństwa pomieszanego z głupią brawurą.
– Nie wiem dlaczego tak się zdarzyło, ale coś nas przyciągnęło do tego miejsca, mieliśmy jechać zupełnie gdzie indziej, a wylądowaliśmy w tym miejscu.
– A co byś zrobił gdyby to nie był przypadek tylko boski plan? – zapytał tajemniczo
– Nie mów że jesteś kaznodzieją czy świadkiem jehowy…
– Nie nie. Daleko mi do nich. Jakoś was lubię ludzie, nie wiem czemu ale jesteście mi sympatyczni. Zdradzę wam moje imię, jestem Gadriel.
– Nie powiem żebym się tego nie spodziewał.
– No i dobrze. Wyglądasz na człowieka inteligentnego, podobnie twoja żona. Wiecie kim jestem, jeżeli chcecie dowodu to zamknijcie na chwilę oczy, a ujrzycie mnie w mojej prawdziwej postaci. – Nocny i Poranek zamknęli oczy i dopiero teraz zobaczyli, że siedziała przed nimi bardzo smutna istota stworzona ze światła, z trzema parami delikatnych i ogromnych skrzydeł, które wydawały się przenikać przez sufit pomieszczenia. W jego oczach mieszkał smutek, żal i samotność jakiej nie może sobie wyobrazić żadna żyjąca osoba.
– Teraz kiedy zamknęliście oczy widzicie na prawdę. Otwórzcie proszę oczy bo zwrócimy na siebie uwagę całej reszty, a wtedy będzie nieciekawie. Napijmy się. Na trzeźwo nie bardzo da się opowiedzieć to co chciał bym wam powiedzieć. Jesteście pierwszymi ludźmi, którzy to usłyszą. I nie zadawaj tego pytania bo na nie nie znam odpowiedzi. Nie wiem czemu wy. Tak wyszło. Boski plan. Mówiłem już.
– Jesteś tym, co niesie światło, wszystkie kultury postrzegają cię jako kogoś złego, przeciwnika boga, oskarżyciela, oszczercę, nieprzyjaciela, przeszkodę na drodze, posądzają cię o kuszenie ludzi, o to że nas nienawidzisz bo Bóg ukochał sobie nas bardziej od ciebie. Jak jest na prawdę? Czy rzeczywiście nas nienawidzisz?
– To nie tak synu Adama. To prawda że Bóg widzi wszystko, jest po prostu istotą ponadwymiarową, dla niego czas jest jak dla was droga, może się swobodnie przemieszczać gdzie i kiedy chce, wystarczy że o tym pomyśli i jest. Ma także kontrolę nad materią i energią. Wy twierdzicie, że jest wszechmocny, zapewne jest, ale jednocześnie wie, że nie może za nikogo decydować i niczego nikomu narzucać. Macie wolną wolę tak jak i my i korzystacie z niej sami. Wszystko co dobre i złe pochodzi od was.
– Skoro tak jest, skoro Bóg, i Ty rzeczywiście istniejecie to istnieje też…
– Tak. Niebo istnieje. Piekła nie ma. To wasz wymysł. Byli wśród was tacy ludzie, którzy chcieli mieć więcej, chcieli sprawować władzę nad innymi duszami. W tym celu wymyślili piekło, gdzie wszyscy im nieposłuszni będą cierpieć wiekuiste męki i tym podobne wymysły chorego umysłu. Wszystko po to żeby ciemni i niewykształceni ludzie byli posłuszni. Wiadomo nie od wczoraj, że najłatwiej rządzi się głupkami, macie tego dobre przykładny, np. wybory – jak myślicie, kto jest trzonem wyborców radykałów? Głupki. niewykształceni i ciemni ludzie, pełni nienawiści, obaw, pychy i niegodziwości. I potem mówią, że to moja sprawka – zaśmiał się gorzko.
Sprawnym ruchem wyciągnął z kieszeni bibułki i jakieś zawiniątko z tytoniem
– Zapalisz?
– A z chęcią, normalnie nie palę, ale to chyba wyjątkowa okazja.
– Częstuj się. Pozwól, że będę kontynuował. Znasz pewnie historię z ostatnią wieczerzą?
– Znam znam, – Nocny zaciągnął się dymem i zakaszlał – Mocne to, ale dobry tytoń.
– Tak, no w każdym razie Jezus istniał na prawdę, owszem, ukrzyżowali go ale ze strachu bo władca zaczął tracić władzę, a to jak wiadomo się nie podoba. Jezus wygrywał miłością do wszystkich, zdobywał ich serca, wyzwalał ich od wszystkiego co podłe, a w tamtych czasach o podłość było nietrudno. Wystarczyło żebyś miał troszkę więcej niż reszta. Prawdą jest też że apostołów było dwunastu, ale tylko jeden z nich był na tyle bystry, że zrozumiał o co chodzi Jezusowi. A sam syn boży…  Był kimś trochę więcej niż tylko człowiekiem, albo inaczej – był człowiekiem, ale takim, który się na prawdę przebudził. Te wszystkie cuda o jakich możecie słyszeć w większości były lekko naciągane, ale w głównej części była to prawda. Tak czy inaczej Judasz zrozumiał o co chodzi Jezusowi. Nie mógł on popełnić samobójstwa, a musiał umrzeć. Uważał, że jego własna męczeńska śmierć pomoże wam się przebudzić i być lepszymi ludźmi, że dzięki takiemu poświęceniu zrozumiecie kim jesteście i jaką drogę musicie obrać, żeby „doznać zbawienia” – Cień wykonał ruch rękami podkreślając cudzysłów w swojej wypowiedzi – dlatego akcentuje to „zbawienie” bo chodzi tu bardziej o wasze obudzenie się. No nie ważne, tak czy inaczej Jezus powiedział Judaszowi co musi zrobić, oczywiście nie wprost bo tak by było za łatwo. No i Judasz wypełnił swoje zadanie, jakie przed nim postawiono. Poświęcił się w równym stopniu co Jezus, a że kochał go ponad wszystko na ziemi, po jego śmierci popełnił samobójstwo – nie był w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności na jaką go skazano.
– Też tak odebrałem tą osobę – przytaknął Nocny.
– Obecnie coraz więcej osób tak uważa, przynajmniej z tych, którzy jeszcze żyją.
– Co masz dokładnie na myśli? – zaniepokoił się – Sugerujesz coś?
– No bystry jesteś. Ano sugeruję. Gotowy na kolejną rewelację? Jak myślisz gdzie się znajdujesz obecnie? Myślisz że na ziemi tak?
– Teraz to mam wątpliwości. No ale mów dalej.
– To co jest tu, co po czym chodzisz, gdzie żyjesz ptysiu miętowy – to nie jest ziemia. To jest wspomnienie o niej. A ja jestem tu szefem. Czaisz?
– Piekło? Twierdzisz że jesteśmy w piekle? To niemożliwe.. – jęknął Nocny.
– No a miałem cię za bystrzachę, a tu taki zawód. Kombinuj dalej mały kombinuj. Mówiłem już  – warknął – piekło nie istnieje. Co ci jeszcze pozostało? Niebo to to nie jest. To jest czyściec. Tak to wygląda właśnie. To miejsce. Terra incognita. Grunt neutralny. Tu jesteś sobą. Tu jesteś sam. I to jest największa kara. Nie czujesz JEGO prawda? Nie widzisz JEGO światła, JEGO miłości. To jest kara i nagroda w jednym malutki. To właśnie to miejsce. Fajnie nie? No i ja jestem tu szefem. Ja patrzę, ja decyduję, ja oceniam. Jestem sędzią, jestem katem, jestem wybawicielem. Jestem tu wszystkim czaisz? Żenujące co? Zwariować idzie – wychylił jednym ruchem zawartość szklanki i dolał sobie whisky z butelki.  – Jak myślisz po co opowiadałem ci historię Judasza co? Weź to wszystko, podstaw do opowiastki troszkę inne „osoby”, zmień nieco okoliczności i proszę. Nowa opowieść gotowa. Żaden inny z pieprzonych aniołeczków jakoś nie kwapił się do podjęcia tego zadania. Wiedzieli że sobie nie poradzą – rzucił gniewne spojrzenie w drugi kąt sali, gdzie przy stoliku siedziało trzech barczystych ludzi, jeden z nich miał kruczoczarne długie włosy i puste spojrzenie i poharataną twarz, drugi zdawał się mieć włosy utkane ze srebra i intensywnie antracytowe oczy, a trzeci miał również czarne włosy ale jego oczy niemalże świeciły jak dwa akwamaryny. Wszyscy troje niemal niedostrzegalnie skrzywili się w udawanym uśmiechu do Niosącego światło.
– Twoi przyjaciele?
– Tak jakby. Nie ważne. Tu jest czyściec malutki. Wiesz na czym to polega? Wiesz czym tak na prawdę jest czyściec? Opowiem Ci, jestem tu przynależny. Nigdy nie opuszczę tego miejsca. Takie mi powierzył zadanie. Mam tu być i was doglądać ale nie mogę interweniować. Tutaj spotykacie się z sobie podobnymi ludźmi, którzy nie do końca załapali o co w tym wszystkim chodzi, że powinniście być dobrzy dla siebie wzajemnie i tym podobne hipisowskie bzdury wiesz o co mi chodzi, tak?
– T-tak… wybacz jestem trochę zaszokowany tym co mówisz.
– Tego się spodziewałem. No ale nie wiesz tego co najważniejsze. Wiesz co czyni Czyściec miejscem tak strasznie bolesnym i smutnym? Dlaczego niektórzy mogli by sądzić, że to właśnie jest piekło? Tu nie ma boga. Tu nie dociera jego światło. Łatwo jest czynić dobro, gdy jesteś w świetle jego łaski prawda? Nie trudno kochać samemu czując jedynie wszechogarniającą miłość. O wiele trudniej jest kochać, o wiele trudniej jest być dobrym gdy musisz dobry i całą miłość wyciągnąć z siebie samego. I po to właśnie jest czyściec. Tutaj widać jacy jesteście wy na prawdę. W środku. Gdy zobaczę, że jesteście dobrzy wewnątrz – idziecie dalej. Idziecie do Niego. Jeżeli nadal mieszka w was to wszystko co niegodziwe i niskie, zostajecie tu, odradzacie się na nowo w czyśćcu. I masz swoją reinkarnacje. Rozumiesz? A wiesz co w tym wszystkim jest najgorsze? Przynajmniej dla mnie najgorsze. To, że zapłaciłem za to wszystko najwyższą cenę. Wy prędzej czy później traficie do Niego. A ja tu zostanę pomimo że nie miałem w tym żadnej swojej winy. Bez Jego światła, bez Jego miłości. Pamiętam to wszystko, pamiętam co utraciłem. Zdradzę wam jeszcze jedną ostatnią tajemnicę. Wiecie gdzie mieszka cząstka Boga? W was. W tym co was łączy. Może to właśnie dlatego zdecydowałem się z wami porozmawiać, bo zobaczyłem w was tą iskrę, która pochodzi od Niego. Ten mały okruch światła, za którym tak tęsknię, do którego nie jest mi dane dotrzeć. To wy razem to tworzycie. Ech malutcy ludzie. Jeszcze się spotkamy. A teraz zapomnijcie. Za dużo wam powiedziałem, a chyba nie powinienem. – Cień wykonał kilka skomplikowanych ruchów ręką, świat na moment stracił kolory, gdy wróciły odezwał się ponownie
– Idźcie do swojego pokoju i śpijcie. Śnijcie o czymś pięknym i niemalże nieosiągalnym. Bądźcie tacy jacy jesteście teraz i nie zmieniajcie się, a to będzie praktycznie ostatni raz jak się zobaczymy. A teraz idźcie. – Nocny i Poranek beznamiętnym krokiem skierowali się do pokoju, w oddali trzasnęły zamykane drzwi. Gadriel uśmiechnął się ze smutkiem sam do siebie i  wychylił resztkę whisky.
– Znowu te smuty Lampka. – Zagaił Gabriel – Czekamy na ciebie a Ty sobie gadasz jak najlepszy kolega w Limbo z jakimiś zagubionymi.
– Taa, nie pierwszy nie ostatni raz co?- warknął.
– Wiem jak jest Luc. Ale po to tu jesteśmy. Zbiera się na zmiany – Powiedział Razjel.
– Coś się kroi Lampka. Szef chce rozmawiać z Tobą. Idziesz? – Gabryś wskazał Lucyferowi drzwi – Nie każ mu czekać. Sam też czekałeś już za długo.
Znikli.
Czas ruszył znowu, nikt nie odnotował ich zniknięcia.
Jedynie dyktafon schowany w kieszeni Nocnego cały czas nagrywał odległy gwar rozmów w jakimś zapomnianym barze na obrzeżach Limbo…

 

Reklamy

Written by DeVilio

04/03/2017 at 01:25

Napisane w Uncategorized

Spękane szkło

leave a comment »

To wszystko były tylko sny. Całkowicie zwyczajne, chociaż lekko niepokojące. Bo przecież w snach nie powinno być smaków, zapachów. We śnie nie da się czuć ciepła czy zimna. Sny zazwyczaj są jak film oglądany w bardzo dużym kinie ale taki film z konkretnie skopaną fabułą. Coś zupełnie bez sensu, bez widocznej fabuły. Takie zazwyczaj są sny prawda? Tymczasem do teraz pamiętam smak truskawek ze śmietaną, czy ciepłe promienie słońca, które muskały moją twarz gdy leżałem na łące. Pamiętam to szczęście i zapach kwiatów pomieszany z wonną żywicą. Wodna mgiełka delikatnie osiadała na wszystkim, czyniąc nieznośny upalny dzień bardziej przyjaznym. Tak chyba być nie powinno, prawda? Sny przecież powinny dać odpoczynek, zresetować nam rzeczywistość. Czasami tchnąć w nas nowe siły do dalszego życia, do tej cholernej egzystencji na skraju.

Tymczasem kolejny ranek z rzędu od kilku miesięcy budziłem się rano z roztrzaskanym sercem, z duszą, która po takim śnie ważyła chyba tonę. To był taki psychiczny odpowiednik mega maratonu dla początkującego biegacza, tyle że psychika tak łatwo nie wypoczywa jak ciało. Próbowałem już wszystkiego, żeby uciec od tych snów, bo pomimo, że były piękne – bolały mocniej niż cokolwiek innego. Tabletki przeciągały sny w nieskończoność. Alkohol wyostrzał uczucia i powodował poranne nieogarnięcie. Wzmożony wysiłek fizyczny dnia poprzedniego dawał uczucie totalnego wyczerpania, przez co poranne wstawanie z łóżka przypominało skomplikowaną sztukę ludzkiego origami. Sny nieubłaganie rozbijały się o skruszałe brzegi mojej świadomości nieustannie je podmywając. Kruszał fundament mojego jestestwa, upadały mury równowagi psychicznej, budowane przez lata z tak wielkim wysiłkiem. Potęgowało się uczucie wyobcowania, po protu nie było z kim o tym wszystkim rozmawiać. Psycholog czy psychiatra zbywał mnie wmawiając mi zmęczenie, nieogarnięcie życiowe, wciskał mi małe kolorowe tabletki rozpuszczające świadomość. To tak jakby ktoś próbował powstrzymać krwawienie odcinając palec. No przecież to miejsce, które krwawiło już nie krwawi co nie – ergo – jest lepiej. Nie jest.

Każdy z tych snów miał swój wspólny mianownik – poczucie bezpieczeństwa, spokoju, radości. Wszystko to oczywiście znikało po przebudzeniu i zamiast dodawać sił – zupełnie je wyczerpywało. Nadludzkim wysiłkiem było podnoszenie się z łóżka, skoro człowiek nie widział ku temu najmniejszych powodów ani tym bardziej ochoty. Jedynie poczucie obowiązku oraz zwyczajne przyziemne potrzeby takie jak jedzenie, dom, płacenie rachunków potrafiły co rano przebić się przez mur marazmu i niechęci. Co wieczór powtarzała się krótka modlitwa do każdego bóstwa, które miało ochotę słuchać – niech tej nocy nic mi się już nie śni. Ale schemat się powtarzał. W każdym ze snów spotykał kobietę idealną, taką, która słuchała i mówiła, taką która była kimś znacznie więcej. Za każdym razem była to niezwykle unikatowa kombinacja przyjaciółki, bratniej duszy, kochanki, żony, dziewczyny, kumpla i dzikiej kotki. Wybuchowa mieszanka, która eksplodowała radością życia od byle iskry. Cholera, przecież coś takiego w rzeczywistym świecie jest niemożliwe! To się kurwa nie zdarza, nie jemu. Jak już udało mu się zainteresować sobą jakąś istotę płci pięknej to zazwyczaj okazywało się, że przygarniał albo zranioną duszyczkę, która po wyleczeniu wracała do kolejnych skurwieli. Często trafiał też na opcję „pomiędzy” – jednym, a kolejnym samcem. Raz trafił na kobietę, która zdecydowanie za daleko uleciała w kierunku szaleństwa, niestety tego gorszego rodzaju.

Sny nadchodziły z uporem kota polującego na czyjeś śniadanie, żadne sposoby nie pomagały. Nocna radość, poduszki mokre od łez szczęścia, radosna dusza rozwijająca swoje skrzydła żeby wreszcie lecieć po tylu latach w łańcuchach, tuż po przebudzeniu dowiadywała się, że łańcuchy nadal są, to wszystko tylko sen i co najgorsze – czeka ją bardzo bolesne lądowanie z poziomu pozornego szczęścia wprost na brudny bruk rzeczywistości i dobrych chęci. Wszystko wskazywało na to, że ktoś się uparł, żeby systematycznie niszczyć jego życie. Może testowali ile smutku jest w stanie znieść człowiek zanim się załamie, ile samotności trzeba wbić w człowieka, żeby zupełnie ucichł. Sny nadchodziły wciąż takie same, schematyczne. We śnie wszystko było proste, oczywiste i takie parszywie banalne. Spojrzenie na ulicy, uśmiech w autobusie, znajoma znajomych, której teoretycznie być tu nie powinno ale całkowicie przypadkowy zbieg okoliczności…. no i właśnie. To wystarczyło, żeby jego senne alter ego doznało szczęścia absolutnego, rodem z tanich romansów za 3 złote z kiosku pod blokiem. A potem kolejna pobudka, kolejny cios w sam odsłonięty środek. W to miejsce, które miało więcej blizn niż mógł wyprodukować golibroda z parkinsonem chorujący dodatkowo na katar sienny. Koszmar rzeczywistości całkowicie go przygniatał. Powoli odchodzili znajomi, każdy w swoją stronę, tworzył własną rodzinę, swoją małą rzeczywistość, szufladę czy też klatkę w jakiej się zamykał i którą nazywał szczęściem. W rzeczywistości to były cholerne schematy, wszędzie życie się powtarzało, zmieniały się nieznacznie jedynie szczegóły, ale główny schemat pozostawał ten sam. Dom, rodzina, kredyt, szczęście/niedola i kierat. Ludzie to właśnie nazywali szczęściem. Codziennie przynoszone do domów kilogramy zakupów, zbieranie rzeczy, wypełnianie nimi pustki, która drążyła każdego, z istnienia której niewielu sobie zdawało sprawę ale każdy ją czuł.

Po wyjątkowo ciężkim dniu, po tysiącu zbiegów okoliczności, po drobnych sprawach, które zwaliwszy się na głowę naraz tworzyły obraz koszmarnego dnia, wreszcie łóżko i kolejne piękne sny, które przypominały tłuczone szkło oglądane pod słońce. Dopóki leciały w powietrzu – wyglądały jak miniaturowe kolorowe słońca, jak krople radości zawieszone gdzieś nad głową. A potem spadały. Piękne i śmiertelne. Dzisiejszy sen rozpoczął się jak każdy inny z tej cukierkowej serii. Tym razem w roli głównej autobus i śliczna brunetka z lekkim uśmiechem na ustach i spojrzeniem mogącym stopić każde męskie serce. W rzeczywistości pewnie nigdy by się nie zdobył na to, żeby podejść tak po prostu i zagadać. We śnie wszystko było inne. On był inny, był sobą ale jednak nie do końca. Dlatego też podszedł, zagadał. Późniejsze wydarzenia były już typowym snem, tyle ze w wersji PRO, z czuciem, zapachami, smakami, pełną gamą uczuć, radością, bezgranicznym szczęściem. Ale coś było inne niż dotychczas. Gdy już miał się budzić coś się zmieniło. Wszystko zastygło w bezruchu, zostało wyprane i pozbawione kolorów. Chwilkę później znajdował się na jakiejś plaży, chyba tropikalnej bo skąd palmy w Polsce? Przed nim stał jakiś stereotypowy drink z parasolką, który okazał się być koszmarnie słodkim i lepkim przedstawicielem napojów ledwo alkoholowych. Obok na piasku siedział człowiek o wyglądzie każdego. Nawet doświadczony rysownik policji nie był by w stanie go opisać, a co dopiero narysować. Jego głos też brzmiał jak głos każdego. Nijaki, prawie bezbarwny, ale jednak zawierał w sobie dziwne, odległe echa czegoś ważnego i potężnego.
– Mam dla Ciebie dwie wiadomości, nie wiem czy są dobre czy złe bo to zależy od tego jak na nie spojrzysz. Uprzedzając twoje pytania – nie mam imienia, bo go nie potrzebuję, wyglądam tak jak wyglądam na potrzeby tego spotkania, nie, nie spotkaliśmy się wcześniej. Mogę kontynuować skoro już zaspokoiłem twoje pytania? I tak – czytam w twoich myślach bo generalnie to znajdujemy się jeszcze w twoim śnie. Nie potrzebujesz wiedzieć kim jestem bo ta informacja zupełnie nic ci nie da. Więc – zastanawiałeś się wiele razy skąd masz te pełne sny, otóż to nie są sny tylko inna rzeczywistość. Pomyśl o tym tak, jak o drzewie, każda decyzja powoduje kolejne rozgałęzienia, często więcej niż dwa bo bardzo rzadko zdarzają się decyzje zero – jedynkowe. Ty masz to nieszczęście, że zawsze z decyzji dobrej, dobrej, dobrej, dobrej i tragicznej – trafiasz w tą tragiczną. Wiesz po co? Bo jesteś tym jednym elementem w tej ogromnej układance, któremu ma się nie udać. Tylko po to, żeby udało się każdemu Tobie. Tak wiem, że to brzmi dość nielogicznie, niespójnie i totalnie nierealnie. Ale co ja na to poradzę, to nie ja to wymyślam. Tak to po prostu jest. Całe Twoje dorosłe życie od pewnego momentu jest pasmem wyborów. Zawsze wybierasz źle, nawet jakbyś miał w ostatnim momencie zmienić zdanie – i tak wybierzesz źle. I nic na to nie poradzisz. Wiadomości.Dwie. Jedna – właśnie umierasz. Wybierz sobie co tam chcesz – tętniak, zawał, bezdech – co tam chcesz – i tak nic nie poczujesz. Chyba wylew by był taki optymalny – a może coś romantyczniejszego co? Pęknie ci serce, niemalże dosłownie. Wybacz czarny humor ale Tobie i tak już wszystko jedno. No i po problemie. Zasługujesz na to żeby zobaczyć swoje własne odejście, więc proszę…

Po dwóch dniach nieuzasadnionej nieobecności w korporacji ktoś wreszcie zainteresował się dlaczego telefony nie są odbierane, a karta pracownika nie jest odbijana na wejściu. Ktoś przyjechał i zastał zamknięte na głucho mieszkanie. Tknięty przeczuciem wezwał strażaków, którzy weszli przez uchylone okno 2 piętra niewielkiej kamienicy. Stwierdzono zgon, przyczyny całkowicie naturalne, patolog nie miał zbyt wiele roboty, jakieś osłabienie ściany serca wada wrodzona czy coś podobnego. W każdym razie bezbolesna śmierć we śnie. Pogrzeb był krótki i raczej formalny niż uroczysty, kremacja zgodnie z życzeniem, kilkoro znajomych z pracy, mieszkanie było wynajmowane opłacone z góry na kilka miesięcy w przód więc nie było z tym problemu, sprzedaż rzeczy pokryła koszta pogrzebu. Bezproblemowa egzystencja – bezproblemowa śmierć. Nieistniejący człowiek.

Tymczasem na nieokreślonej plaży ciemne wieczorne chmury przykrywały powoli gasnący dzień tworząc niepokojące niemalże apokaliptyczne widoki, od morza wiał gorący i wilgotny wiatr niosący ze sobą  tropikalną burzę. Nieznajomy kontynuował.
– Skoro już się napatrzyłeś na to jak zakończyło się istnienie swojej skorupki, którą tak strasznie wszyscy się przejmują jeszcze żyjąc, to może przejdziemy dalej, co? Chyba jestem ci winny jakieś wyjaśnienia odnośnie tego dlaczego twoje życie wyglądało jak dotychczas, co? Jesteś jak piorunochron na wzgórzu w alei piorunów. Przyciągasz i uziemiasz wszystko co złe, smutne, niedobre bo tylko ty z całego istnienia jesteś na tyle wytrzymały żeby to znieść. Cokolwiek złego mogło się przytrafić, którejkolwiek wersji ciebie – przytrafiało się właśnie tobie – inni nie poradzili by sobie z niewielką częścią tego, co ty brałeś niemalże hurtem. Bez ciebie – oni by nie istnieli. I to akurat dzisiejszej nocy – wszyscy wy śpicie, wszyscy śnicie ten sam sen. Wyjaśniłem im wszystkim to samo co tobie, wiedzą, że własnie umarłeś, przyszli do ciebie, żeby ci podziękować. Widzisz?

Spory tłum różnych wersji jego samego przychodziło do smutnego mężczyzny i kładło mu rękę na ramieniu, następni z tyłu robili to samo. W końcu jeden szary, smutny i wyczerpany życiem człowiek stał pośrodku kręgu zawierającego wiele setek kopii siebie samego, a każdy z nich w jednym momencie przesłał mu podziękowania i wsparcie. Jedyne co czuł to niezwykły żar i falę uczuć, szepty podziękowania rozbrzmiewały setką głosów, czuł że wypełnia się jakimś rodzajem światła i ciepła. Po jakimś czasie pozostał na plaży sam wraz z człowiekiem wyglądającym jak każdy i zastanawiał się co to za dziwny sen i kiedy się wreszcie z niego obudzi. W końcu sam sen też był dość niesamowity i przebiegał w dość nienaturalny sposób. Przede wszystkim wiedział, że śni, widział każdą wersję siebie z wszystkich snów jakie śnił, każdy mu dziękował za poświęcenie na jakie się zdobył.

– Teraz muszę iść, ty także. To jeszcze nie jest koniec, pamiętasz, że miałem dla Ciebie dwie wiadomości prawda? Za to co przeżyłeś, za ostateczne poświęcenie, które w rezultacie kosztowało cię życie, otrzymujesz w nagrodę koniec swojej wędrówki, możesz wreszcie przejść dalej, jako pierwszy z wszystkich wersji siebie – otrzymujesz spokój. Teraz idź. Widzisz swoją krainę? Tam gdzie trawa zawsze jest zielona i miękka, tam gdzie świeci ciepłe słońce, tam gdzie stoi twój wymarzony domek z drewnianych bali, jest wodospad, jezioro, tam możesz być czym chcesz, możesz stwarzać rzeczy myślą. Idź już. Nie każ jej czekać.

Znikł.

Gdzieś w Polsce, w jednym z szpitali na łóżku leżał człowiek. Oddychała za niego maszyna, na spierzchniętych ustach dało się zauważyć cień uśmiechu, oczy miał szeroko otwarte, wpatrzone w nieistniejące światy. Po policzkach nieustannie płynęły mu łzy. Lekarze zazwyczaj w takich przypadkach stwierdzali uszkodzenie mózgu wywołane przez zbyt długi okres pozbawienia mózgu tlenu, ale taka diagnoza była tą uniwersalną, pokrywającą tysiące przypadków nie dających się zakwalifikować do żadnej innej kategorii.

Ten ostateczny sen okazał się być tym najlepszym, sen snów, zwieńczenie, nagroda.

Gdzieś poza światem na niebie wznosiła się istota, wolna, szalona szczęściem. Wzrok wpatrzony w dal, wszechobecne łzy szczęścia. Wiele blizn zdobiło jego ciało, jak wojenne trofea, świadczyły o wszystkim co przeżył. Obok niego wznosiła się inna istota, będąca niemalże jego lustrzanym odbiciem, wyglądała jakby była zbudowana z odprysków szkła poprzecinanych licznymi bliznami. Warto było.

Written by DeVilio

10/04/2016 at 20:53

Napisane w Uncategorized

Jesteś mitem. Jesteś legendą.

leave a comment »

Dawniej wszystko było inne. Łatwiejsze i pewne. Dzisiaj jest jak życie jętki, kilkudniowe, potem gaśnie, żeby później rozjarzyć się na nowo pięknym i silnym blaskiem. Dawniej po prostu było, pewne jak światło dnia, a nie jak wybuch supernowej. Dopiero teraz kiedy wreszcie uwolniłem się z mojego tymczasowego mieszkania jakim było ciało, dopiero teraz widzę wszystko wyraźnie no i pamiętam kim jestem i kim byłem już tyle razy.

Dawniej żyliśmy w harmonii i zgodzie. Dawniej nasze ciała były nieśmiertelne, a umysły otwarte i o wiele bardziej sprawne niż to, w czym przyszło nam egzystować obecnie. Wywodzimy się ze starożytnej rasy, o której pamięć jest zapisana w wiedzy wspólnej. Można nazwać to wielką księgą, do której każdy z nas ma dostęp, jeżeli oczywiście wie jak szukać i o co pytać. Rasa ta osiągnęła stopień rozwoju, w którym nie potrzebowała materii w ścisłym sensie, mogła istnieć poza nią. Część cywilizacji pozostała mocniej powiązana ze swoim rodzimym światem, część natomiast w swojej niematerialnej formie wyruszyła na poszukiwania nowych światów, gdzie można by zasiać życie. Im dalej podróżowali, tym większe było ich zdziwienie, gdy odkrywali, że obudzili swoją świadomość, jako jedyni. Reszta inteligentnych istot zbyt mocno była związana z wszystkim co materialne. Dostrzegaliśmy jedynie słabe iskry tego co jest w każdej istocie prawdziwe żywe i nieśmiertelne. Nie rozwijane – było jedynie tym co porusza swoisty mięsny garnitur, jaki musi nosić przez te wiele lat, zanim odrodzi się na nowo. My natomiast przez lata odkrywaliśmy świadomość samych siebie i tego czym na prawdę jesteśmy. Osiągnięcia w dziedzinie biologi pomogły nam znacznie wydłużyć nasze życie, wyeliminować większość niedogodności jakie niesie ze sobą czas na drodze życia biologicznego. Dzięki temu po raz pierwszy w historii wszechświata – mieliśmy na prawdę czas – byliśmy praktycznie nieśmiertelni.

Po długich poszukiwaniach trafiliśmy na niewielką galaktykę, oczywiście patrząc w skali wszechświata. Była młoda i obiecująca. W jej spokojnych regionach, wolnych od groźnych i nieprzewidywalnych zjawisk, istniał sobie całkiem zwyczajny młody układ planet z jedną centralna gwiazdą. Pod wieloma względami był to świat, który niczym nie wyróżniał się od miliardów innych zdolnych podtrzymać życie. To co go wyróżniało to stabilność. Wyjątkowa konfiguracja planet pozwoliła nam przewidzieć, że na tej planecie będzie możliwy długotrwały rozwój, bez gwałtownych wydarzeń jak asteroidy i inne niosące śmierć zjawiska.

Nadal będąc połączeni z naszym rodzimym światem, wspólnie podjęliśmy decyzje. Tutaj stworzymy nowy świat, nowe życie. Wszystko od początku, tabula rasa. Czysta karta. Nowe narodziny, tym razem życie biologiczne doskonałe. Takie jakie mieliśmy na naszej planecie, ale bez nieograniczonego i otwartego dostępu do wiedzy jaką zgromadziliśmy. Jedyne, na co sobie pozwoliliśmy to podświadomość, która do nas szeptała w snach i w przebłyskach geniuszu. Wiele energii poświęciliśmy na stworzenie się na nowo, jedno z nas pozostało potężne i niematerialne, żeby czuwać nad nowym początkiem, żeby w razie czego pomóc nam gdy będziemy zbyt zagubieni.

Tak powstało życie. Nieśmiertelne i piękne, gorące jak jądro supernowej, spokojne jak płynąca rzeka, nowe jak pierwszy śmiech dziecka. Powiew świeżości i odnowienie tego czym byliśmy. Zyskały na tym oba światy. Wspólna świadomość, tak oczywista na naszej rodzimej planecie, zyskała nowe doświadczenia, mogła dalej się uczyć. Na nowej planecie była jedynie poczuciem więzi, czymś co przyciągało do siebie tych, którzy wewnątrz byli tacy sami. Przez całe epoki życie rozwijało się obok nas. Pomimo że nie wiedzieliśmy dokładnie kim jesteśmy, ani skąd tu przybyliśmy, czuliśmy harmonię z rozwijającym się światem oraz jego osobliwym życiem. Tworzyliśmy wspólnie dość niewielkie państwo otoczone oceanem, który dawał nam pożywienie i bezpieczeństwo. Ta spokojna i duża wyspa była naszym nowym domem, dawała nam dostatnie życie, w którym nie potrzebowaliśmy wiele. Nasze niemal doskonałe ciała nie potrzebowały pożywienia, jedynie wodę, chociaż trzeba przyznać, że lubiliśmy od czasu do czasu korzystać z darów ziemi.

Kultura, nauka, technologia – wszystko to rozkwitało w naszym społeczeństwie w bardzo szybkim tempie. Ten, który pozostał niematerialny był cały czas z nami połączony silną więzią. Dzięki nam i on uczył się czegoś nowego, czegoś, co było by nieosiągalne na naszej dawnej planecie. Nowe doświadczenia, nowe wzorce zachowań i myśli, nowe emocje. Wszystko było tak dziwne i dzikie, niemal że nie do okiełznania. Od zawsze wiedzieliśmy, że poza naszą rzeczywistością istnieje wiele innych. Wiedzieliśmy też że jest jakaś droga ku nim, droga ta była oświeceniem, samodoskonaleniem, wiedzą. Każde z nas odczuwało istoty znajdujące się dalej, czuło ich miłość i radość z istnienia, czasami żar ich mądrości wskazywał nam kierunek i nie pozwalał tracić nadziei.

W nowym domu, nieopodal nas życie rozwijało się swoim dawnym torem. Wy nazwaliście to ewolucją, my tego nie nazwaliśmy, ale czuliśmy to. Wszechświat dąży do tworzenia życia, tam gdzie to tylko możliwe, do życia inteligentnego. Odpryski świadomości pojawiały się praktycznie znikąd, chociaż podejrzewaliśmy, że wszyscy, nawet ci najmniejsi i najmniej świadomi, jesteśmy częścią czegoś dużego i uniwersalnego. Nieliczne ekspedycje napotykały istoty poruszające się na dwóch nogach i pokryte futrem zabitych zwierząt, z prymitywnymi narzędziami. Lecz istoty te albo uciekały przed nami, albo próbowały nas atakować. Kierował nimi głównie strach, który był tak głęboko zakorzeniony, że sięgał aż do istoty ich istnienia. Zdarzały się jednak wyjątki, gdy ciekawość zwyciężała strach. Wewnątrz takich istot dostrzegaliśmy coś więcej niż w pozostałych, widzieliśmy w nich nasze własne początki. Oni jednakże różnili się od nas. Ich ciała były bardzo niedoskonałe, umierali zaledwie po kilkudziesięciu latach. Przez wieki staraliśmy się im pomagać, tym nielicznym, jednakże albo byli dziesiątkowani przez swoich pobratymców albo wyniszczały ich choroby. Ale nasze wysiłki zaczęły w końcu odnosić rezultaty, do ich jedzenia dodawaliśmy specjalne składniki, które wzmacniały ich geny, znacznie przyspieszając ich rozwój. W przeciągu zaledwie kilkunastu pokoleń udało nam się doprowadzić do powstania tego, czym współcześnie jest człowiek.

Na własne nieszczęście zapomnieliśmy już o tym, że istoty te nie posiadając tak rozwiniętej samoświadomości jak my, nie będą kierować się wartościami, jakie wszędzie we wszechświecie są uniwersalne.  Często zabijali się wzajemnie z byle powodu, dochodziło między nimi do wielu nieporozumień. Byli całkowicie uzależnieni od pożywienia nie tylko roślinnego ale w szczególności zwierzęcego. Wiedzieliśmy, że to jedynie kwestia czasu, aż ci, którym pomogliśmy – zwrócą się przeciwko nam. Dlatego z biegiem czasu coraz rzadziej ich odwiedzaliśmy, gdy tylko powracaliśmy – spotykaliśmy się z otwartą wrogością. Nadszedł w końcu taki dzień, gdy nie zostaliśmy wpuszczeni do ich miasta. Wiedzieliśmy, że to koniec naszego kontaktu z tym nadal dzikim plemieniem.

Po tym zdarzeniu nie opuszczaliśmy już naszej wyspy, żyliśmy sobie w spokoju, z dala od otaczającego nas, rozrastającego się świata. A ten się zmieniał i ewoluował w bardzo szybkim tempie. Kilka razy prymitywne łodzie próbowały przybijać do brzegu naszej wyspy ale ludzie, którzy z nich wysiadali kierowali się jedynie strachem, który rodził agresje. Wiele razy wysyłaliśmy jednego z nas, który wędrował do ludzi i słuchał co się dzieje poza naszym małym światem. Pewnego dnia nie wrócił. Plemię zabiło go w okrutny sposób, wtedy ten z nas, który pozostał, sprowadził go do siebie. Po tym zadecydował, że gdy następny z nas straci życie – odrodzi się na nowo, żeby dalej zbierać doświadczenie i rozwijać swoje nieśmiertelne wnętrze, gdyż jedynie poprzez istnienie, mogliśmy ewoluować. Zaistniały jednak zasady – żaden z nas po odrodzeniu nie pamiętał kim był ani kim na prawdę jest wewnątrz. Odradza się w przypadkowych miejscach, jako człowiek, wraz z jego śmiertelnym ciałem. Gdy umiera – wraca do tego, który pozostał, żeby chwilę odpocząć, po czym wraca na ziemię. A gdy już osiągniemy potrzebne nam doświadczenie, żeby przejść dalej, świadomość zostanie odblokowana i ci wszyscy z nas, który są na ziemi wrócą do domu, żeby przejść dalej. Oczywiście wiemy, że wielu z ludzi również zaczynało się budzić i zyskiwać większą świadomość, również oni mogli podążyć z nami dalej.
Powstawały legendy, mity i niejasne wspomnienia o tym, że gdzieś poza rzeczywistością żyją istoty, które nie są takie jak ludzie. Są inne, czyli są złe – jak rozumowali ówcześni. Wymyślali na nasz temat przedziwne historie, które pomimo tego, że były w ogromnej mierze zmyślone – zawierały w sobie ziarnko prawdy – nieśmiertelność. Wszystkie strzygi, wampiry, demony, elfy – wszystkie te istoty były z założenia nieśmiertelne. Nam to oczywiście pasowało, pozwalało to nam wtapiać się w tłum, pozostać na uboczu, niezauważonym, obserwować. Przecież byliśmy z wyglądu tacy sami jak ludzie. Aż do czasu. Planeta, na której mieszkaliśmy już od tak dawna bywa kapryśna, jak każda matka. Wiedzieliśmy, że nadciąga katastrofa. Stwierdziliśmy,że będzie bezpieczniej dla świata – jeżeli ten o nas zapomni i będzie dalej rozwijał się sam. Zanim kataklizm pochłonął naszą wyspę, usunęliśmy z niej praktycznie wszystkie oznaki tego, że istniała tam jakakolwiek zaawansowana cywilizacja. Oczywiście wiele śladów zostało, zaczynając od rozsianych po świecie monumentalnych budowli, których stworzenie do tej pory pozostaje zagadką, a kończąc na np. urządzeniu, które obecnie ludzie nazwali mechanizmem z Antykithiry. Udało nam się wmieszać we ówczesną cywilizację ale niestety z biegiem czasu ludzie odkrywali się kim na prawdę jesteśmy i stopniowo zostawało nas coraz mniej.

Nadal krążymy wśród was, już nie jako nieśmiertelni, lecz jako wy sami. Nasz wzrok przyciąga się wzajemnie, pomimo że nie pamiętamy już dlaczego. Nasze wnętrze jest nieśmiertelne ale odrodzone ciało sprowadza na nas zapomnienie. Rodzimy się czyści, a umieramy w pełni zapisani. Za każdym istnieniem o krok bliżej celu. Jesteście wy – jesteśmy my, z ciała identyczni, z różnym wnętrzem. W was tli się iskra, która nie miała okazji zapłonąć ogniem jaki płonie wewnątrz nas. Nadal obcy, jesteśmy tym uczuciem przesiąknięci. To nas definiuje, podobnie jak was określa strach, który szepce wam do ucha.

Czasami zdarza się, że w tym tłumie ponad siedmiu miliardów ludzi natrafiamy na jednego z nas. Wtedy dopiero osiągamy to co mieliśmy kiedyś, wtedy wreszcie nie jesteśmy tak przeraźliwie samotni wśród tłumów, przez krótką chwilę ludzkiego istnienia tworzymy naszą małą dwuosobową cywilizację. Dopiero wtedy nasze wnętrze rozpala się jak supernowa i trwa tak już do końca.Na chwilę możemy zakończyć naszą tułaczkę przez wieki w samotności, tęskniąc za nienazwanym, szukając tego co niewidzialne. Dopóki człowiek nie otworzy oczu, nie będzie w stanie dostrzec jak piękny jest świat. Tak samo my, dopóki nie spotkamy jednego z nas, nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić jak samotni do tej pory byliśmy, a zarazem jak szczęśliwi możemy być gdy odnajdziemy nienazwane i niedostrzegalne.

Jesteśmy waszym mitem i waszą legendą. Mieszkamy w elfach, biegających po lesie i żyjących beztrosko, wśród koron drzew. Żyjemy w waszych książkach, w waszej podświadomości. Widzimy was, dostrzegamy płomień powoli rodzący się w tym co jest jest nieśmiertelne. Istniejemy poza waszym czasem, tuż koło was, gdzieś na progu słyszalności szepcemy wam słowa otuchy, nie pozwalamy utracić nadziei do końca, podnosimy was gdy upadacie. Żyjemy z wami, ale jednocześnie obok. Jak myślicie, czy ten, kto siedzi obok was w autobusie i uśmiecha się patrząc wam w oczy, czy on jest człowiekiem? A może ona, która nie odwraca wzroku i wierci w was spojrzeniem, czy ona jest człowiekiem?

Jesteśmy waszym mitem, waszą legendą.

Jesteśmy wami.

 

Dla K.

Written by DeVilio

24/12/2015 at 18:00

Napisane w Uncategorized

Z mroku.

leave a comment »

Często świat działa w sposób bardziej zagadkowy, niż możemy to sobie wyobrazić. Zacznijmy od tego, że ludzie szukają swojej drugiej połowy, tak na prawdę nie zdając sobie sprawy że de facto sami są całością. Chociaż jak się okazuje jest w tym wszystkim jakieś ziarnko prawdy.
Cała rzecz dzieje się na trzeciej planecie od słońca, na ziemi w kraju bliżej nie określonym, bo mając na uwadze skalę – to akurat nie jest tak ważne. Tau – bo to o niej jest tu mowa – zawsze była outsiderką. Nie do końca dopasowana do wszystkich, zawsze istniała jakaś rzecz, która uniemożliwiała jej prowadzenie w miarę szczęśliwego życia. Różnice były niby niewielkie, ale na tyle istotne, że nie dało się ich ominąć albo jakkolwiek rozwiązać. Wszystko to potęgowało i tak zbyt rozrośnięte poczucie izolacji i skrajnej samotności, dlatego też Tau żyła lekko na uboczu, z dala od osób, z dala od własnego życia. Były takie chwile że tęskniła do tej wyimaginowanej osoby, z którą mogła by stworzyć coś większego i piękniejszego, często w myślach wzywała kogoś kto miał nigdy nie nadejść. Tym większe było jej zdziwienie, gdy ten ktoś usłyszał i co najlepsze – przyszedł.

Dzień wstał gorący i lepki od światła słonecznego, które zdawało się mieć konsystencję płynnego miodu. Z ogrodu dobiegał ją odurzający zapach kwiatów oraz poranna wrzawa przekrzykujących się ptaków. Szybki prysznic zmył z niej resztki nieokreślonego snu i pomógł odzyskać pełną świadomość. Mieszkała w domku, który odziedziczyła po niedawno zmarłej babci, był to niewielki, samotny i co najlepsze – drewniany domek, ten z rodzaju posiadających klimat. Wbrew pozorom wcale nie był babciny, głównie za sprawą Tau oraz dość nowoczesnego podejścia samej babci, która nie lubiła otaczać się rzeczami dla „stetryczałych ludzi” – jak lubiła mawiać. Domek był urządzony w stylu przypominającym skrzyżowanie chatki babuleńki z domkiem wczasowym, nie brakowało w nim nowoczesności takiej jak kuchenka mikrofalowa, nowoczesny telewizor, dyskretny komputer, internet itd, aczkolwiek wszystko było albo ukryte albo doskonale wkomponowane w dość starodawny wystrój wnętrza.

Mieszkając samotnie Tau miała coś o czym zawsze marzyła – względną wolność. Pracowała w domu – nie było więc potrzeby stroić się w nie wiadomo jakie super ciuszki, nie trzeba było robić codziennego makijażu, można było pracować w bujnym ogrodzie zajadając śniadanie składające się z licznych owoców. Wspaniałe życie, jednak czegoś w nim brakowało. Wiadomo – posiadała więcej niż przeciętny człowiek i wcale nie chodziło tu o jakieś rzeczy materialne, chociaż po części też. Nie powinna marudzić, nie powinna czuć się źle, powinna być zadowolona, ma wolność, ma dyskrecję, zero wścibskich sąsiadów, czy takich kochających remonty do późnego wieczoru, czy takich kochających głośną muzykę przypominającą kiepsko zorganizowany remont. Cisza i spokój… no i czyjeś oczy wpatrujące się w nią zza ogrodzenia.
– Czy mogę w czymś pomóc? – zapytała grzecznie dość zaskoczona Tau, gości żadnych się nie spodziewała, a jeżeli ktoś docierał do jej samotni to raczej przez przypadek myląc drogę.
– Hej, Ty jesteś Tau? – zapytał męski głos zza zarośli
– Zależy kto pyta. – trzeba przyznać że koleś znajdujący się za żywopłotem w jakiś sposób ją niepokoił, ale jednocześni sprawiał wrażenie jakby był.. no jakiś taki swój. Stąd. Na miejscu.
– Pytam ja, w zasadzie to mówiłaś mi żebym przyszedł więc przyszedłem. Mogę wejść? – w tym momencie ciekawość Tau wydała z siebie okrzyk Klingońskich wojowników w szale bitewnym i z łatwością rozgniotła małą i spanikowaną ostrożność chowającą się w jakimś ciemnym kącie.
– Jeżeli lubisz owoce i dobrą kawę to chodź. – rzuciła zaciekawiona.

Tau bardzo chciała by zrozumieć co się później zdarzyło ale ilekroć próbowała tą sytuacje rozgryźć na małe kawałeczki – ponosiła klęskę. Wszystko było stu procentowo irracjonalne, ale jednocześnie takie jakie miało być.

W niewielkiej i zarośniętej bramce zjawił się dość wysoki chyba mężczyzna, generalnie należał do przedstawicieli płci przeciwnych ale co do gatunku Tau już nie miała pewności. Gdyby człowiek zobaczył inną istotę humanoidalną to przeważnie albo odczuwał by silny strach, stres, uciekał by, krzyczał, próbował by tą istotę zabić, albo chociaż bronić się przed nią, Tau natomiast jakby nigdy nic wpuściła – hmmm – „jego” do ogrodu i poczęstowała owocami i świeżo zaparzoną kawą. Wyglądał w zasadzie normalnie, głowa, ręce, nogi, uszy mniej więcej, wszystko na swoim miejscu ale troszkę inne, lekko zmienione proporcje ciała, troszkę obcy odcień skóry, odrobinę inne oczy, tak jakby patrzeć na człowieka, który albo cierpi na jakąś dziwną chorobę genetyczną, albo poddał się wielu modyfikacjom ciała. Wyglądał obco, ale obcy nie był.

– Opowiem Ci wszystko od początku Tau, wiem że to dziwne ale wydaje mi się że mam kilka odpowiedzi na nie zadanie jeszcze pytania. Jak widzisz nie pochodzę z twojego świata. Nie będę Cię zanudzał gdzie dokładnie znajduje się mój świat bo to nie jest istotne, nie w skali tego o co chodzi. Ogólnie rzecz biorąc – wszędzie życie wygląda mniej więcej tak samo, jak widzisz różnimy się od siebie ale nie aż tak bardzo, wszystko to co widzisz to różnice wynikające z innego klimatu, grawitacji, innego słońca, składu atmosfery oraz lekko odmiennego procesu ewolucji, na tej samej zasadzie jak u was widzisz gatunek homo sapiens sapiens w tak wielu różnych odmianach powstałych na skutek różnic klimatycznych. Ale nie o tym chciałem rozmawiać. Będąc na naszej planecie wiedzieliśmy o waszym istnieniu pomimo że wy jeszcze nie wiecie niczego o nas. Rozwój naszych cywilizacji przebiegał podobnie, z tą różnicą, że nasza wyprzedza waszą o jakieś tysiąc lat. Pewnego dnia usłyszałem jakiś głos w swojej głowie, który wołał mnie, pomimo tego że nie rozumiałem słów. To byłaś Ty Tau. Gdy opowiedziałem o tym przyjacielowi, który jest odpowiednikiem waszych naukowców, ten od razu powiedział że to jest wasz język i przetłumaczył mi treść tego co słyszałem. Dość szybko nauczyłem się Twojego języka i nasłuchiwałem tego o czym mówisz. W tym wszystkim było bardzo dużo tęsknoty, którą i ja odczuwałem przez całe swoje istnienie. Gdy tylko dostałem pozwolenie na podróż do waszego świata – przybyłem. Oto i jestem tu, z przyczyn, których jeszcze do końca nie znam ale wiem że tak powinno być. To uczucie bycia we właściwym miejscu o właściwym czasie podczas gdy przez całe życie było się poza nawiasem, w zbiorze przypadkowych miejsc, nigdy w tym, w którym powinno się być.
– To znaczy, że słyszysz o czym myślę? – pomyślała Tau.
– Tak i jak się domyślam Ty również? – zapytał milcząc. Tau przerwała dziwną ciszę wypełnioną słowami.
– To wszystko jest dziwne, ale takie… takie… takie moje, i Twoje, jakby miało tu być i było cały czas tylko niewidoczne. Zupełnie nie rozumiem ale jednocześnie rozumiem. Przychodzisz czy przylatujesz tutaj i wywracasz mój świat, moje życie do góry nogami, a ja nie jestem ani zdziwiona, ani przerażona, ani tym bardziej zła. Nie rozumiem i rozumiem. Nawet nie wiem jak masz na imię.
– U nas nie ma imion Tau. Udało nam się otworzyć nasze umysły na porozumiewanie się w inny sposób, taki który trafia prosto do osoby, z którą chcemy się komunikować. Do tego nie potrzeba imion, wystarczy obraz osoby i już można wymieniać myśli. Widać intencje osoby rozmawiającej, nie ma oszustw, kłamstw, kręcenia i mijania się z prawdą. To upraszcza wiele spraw. – zaśmiał się przybysz. – Ale jak Ci wygodniej to możesz mnie nazywać jak chcesz. Wymyśl coś.
– No dobrze, będziesz się nazywał Mert. Tak po prostu.
– To cokolwiek oznacza w Twoim świecie? – Zapytał świeżo nazwany Mert
– Chyba nie, chociaż nie wiem, jak patrzę na Ciebie to wyglądasz mi na kogoś kto mógł by mieć na imię Mert. Chociaż sprawdzę, chwilka. – Tau wpisała nowe imię przybysza do google, okazało się, że imię istnieje i ma kilka znaczeń, odważny, godny zaufania, w innym znaczeniu zastępuje słowo „mate” odnosząc się do przyjaciela. Dziwnie się zgadzało.

Tau i Mert milczeli do późnego wieczora. Ona wiedziała gdy tylko go zobaczyła, że jest jej i tylko jej. On wiedział to samo jak usłyszał po raz pierwszy jej wołanie. Tak silna nić wspólnego porozumienia nie była normalna i nie mogła istnieć w normalnym świecie, ale kto powiedział że świat Tau i Merta był normalny? To co ich łączyło istniało i było silniejsze niż wszechświat. Dosłownie i w przenośni. Oboje wyczerpani silnymi przeżyciami dnia dzisiejszego poszli spać wtuleni w siebie, pełni wzajemnego zaufania i uczucia, które wybuchło z siłą największej supernowej jaką widział wszechświat.
Ich sen był niespokojny i co dziwniejsze – wspólny. Oboje czytali z otwartej księgi informacje, do których każdy ma dostęp, tylko musi na to zasłużyć, albo znaleźć się w odpowiednim stopniu rozwoju psychicznego. To było jak biblioteka z odpowiedziami na wszystkie pytania jakie można było zadać. Podobno była też odpowiedź o sens życia i brzmiała ona… a zresztą nie ważne. Ważniejsze było to co działo się teraz. Wspólny sen, nie będący jednocześnie snem.
Wiedza była niesamowita i odpowiadała na bardzo ważne pytania. Dowiedzieli się, że każda żyjąca we wszechświecie istota jest tak na prawdę częścią jednej większej – tworzącej cały wszechświat, a w zasadzie to dwóch istot, ale tworzących jedną wspaniałą. Każda istota była doskonała i pełna, była kompletna i całkowita. Nie było mowy o dwóch połówkach. Jednak coś było na rzeczy, bo każda istota ma gdzieś inną sobie przeznaczoną, jedną na cały wszechświat. Kogoś do kogo tęskni chociaż o tym sama nie wie. Możemy spędzić całe życie szukając swojego partnera czy partnerki i nigdy go nie odnajdziemy bo żyje on na drugim końcu galaktyki czy wszechświata. Nasza esencja jest wieczna, to czym jesteśmy mieszka jedynie w pojemniku jakim jest nasze ciało i nie ważne jakiej rasy, czy gatunku. Zarówno Tau i Mert wiedzieli że są sobie przeznaczeni, że udało im się coś co na skalę wszechświata jest czymś zupełnie wyjątkowym, jedynym i niepowtarzalnym, czymś co stworzy coś nowego i pięknego.

Rano oboje obudzili się spokojni i wypoczęci, opowiedzieli sobie wzajemnie wspólny sen. Wiedzieli co mogą zrobić, mieli na to przecież całe życie. Mert pomógł Tau spakować najważniejsze rzeczy. Dom został zapisany przyjacielowi Tau, który podobnie jak ona tęsknił do kogoś i czasami wpadał do niej porozmawiać, powygłupiać się, odpocząć w ciszy. Tau zostawiła mu też krótki list, w którym napisała: „nigdy nie rezygnuj ze swoich marzeń, patrz w gwiazdy i wołaj w myślach tak głośno jak potrafisz, czasami gwiazdy odpowiadają. – Tau”.
Mert zabrał Tau do swojego statku i pokazał jej wszechświat, na początek polecieli do wszystkich planet układu słonecznego, podlecieli też blisko słońca, w końcu opuścili układ słoneczny. Mert pokazał Tau wszystkie dziwne rzeczy we wszechświecie, gwiazdy neutronowe, czarne dziury, ciemne zgasłe słońca będące w rzeczywistości ogromnymi diamentami, pokazał jej narodziny gwiazd i planet, pokazał jej też wybuch supernowej. Oboje co noc śnili wspólne sny tłumaczące im wszystko to o co pytali. Czuli się tak, jakby wreszcie znaleźli się blisko swojej matki.
Gdy w końcu nadszedł ten dzień z końca czasu, Mert i Tau udali się na skraj wszechświata, żeby tam w ciszy i spokoju dokonać czegoś co daleko wykraczało poza ramy cudu. Gdy wyzwolili swoje esencje i opuścili zarówno swoje powłoki jak i statek spostrzegli że tak na prawdę są tym samym, wyglądają tak samo. Gdy się połączyli przez chwilkę przybrali postać z czasu gdy byli materialni, w środku pustki stała Tau oraz Mert, oboje uśmiechnięci i mocno wtuleni w siebie. Ich bezgłośny śmiech wywołany eksplozją radości wypełniał cały wszechświat, przez chwilę dostrzegli swoją matkę, której ciało było wszechświatem, jednym z wielu istniejących obok siebie. Gdy radość wypełniła każdy zakamarek ich niematerialnych ciał złączyli się w jedną piękną istotę i rozpadli się na tysiące maleńkich kulek, które przenikały przez osnowę czasoprzestrzeni i tuż za jej granicą zaczęły się rozszerzać tworząc nowe wszechświaty, a było ich tysiące przepełnionych radością i wszechogarniającą miłością. Było to wydarzenie na skale niespotykaną od miliardów lat. Gdy dwie sobie przeznaczone dusze wreszcie się spotkały, stworzyły nowe wszechświaty, które rozsypały się po bezkresnych polach nicości. Tau i Mert byli nimi wszystkimi, żyli w nich, ich ciała tworzyły wszystko.

Tymczasem gdzieś na małej błękitnej kropce znajdującej się pośrodku pustki kosmosu, zwanej potocznie ziemią, własnie zachodziło słońce. Zimna whisky z colą studziły palący smutek i pustkę po stracie przyjaciółki. Mad nie potrafił sobie poradzić z tym wszystkim co na niego ostatnio spadło. Gdy niebo rozświetliło się miliardami gwiazd, gdy upalny dzień przeszedł płynnie w gorącą noc, Mad leżał sobie na miękkiej trawie i wpatrywał się ze smutkiem w przestrzeń i myślał o Tau. W pewnym momencie gdzieś na skraju jego myśli usłyszał w głowie głos – „Nie martw się i na Ciebie przyjdzie czas.” – wiedział czyj był to głos, to była Tau. Gdzieś w oddali dostrzegł w oddali błysk i spłynęła na niego fala radości i szczęścia, bezgraniczna miłość wypełniła go po brzegi. Leżał tak przez całą noc i łzy szczęścia płynęły mu po policzku. Czuł że jego własne szczęście jest już blisko.

Written by DeVilio

20/08/2015 at 12:17

Napisane w Uncategorized

Leśna mgła.

leave a comment »

Kolejna przeprowadzka, życie w wiecznym biegu, ale też spokoju. Mies del Dolor urodził się w Hiszpanii ale nie mieszkał tam zbyt długo. Od zawsze czuł palącą potrzebę przeprowadzki, podróżowania. Żadne miejsce nie było jego domem, w żadnym nie czuł się jak u siebie. Gdy tylko skończył osiemnaście lat – ruszył w świat. Łapał się różnych prac, w różnych krajach, poznawał inne kultury, języki, obyczaje. Ale nigdzie nie mieszkał dłużej niż rok. Czuł że czegoś szuka, ale nie miał pojęcia co to mogło być. Przez myśli przebiegały mu kolejne pomysły, gdzie można pojechać, co robić. Poza pracą wiele czasu spędzał na łażeniu bez większego celu, obserwował ludzi, ich zachowanie. Zastanawiał się kim są, co robią na co dzień, jacy są na prawdę. W każdym starał się dostrzec coś dobrego, chociaż czasem było to bardzo trudne. Zauważył, że większość zła w ludziach bierze się ze smutku i samotności, nigdy na odwrót. Człowiek smutny i samotny z biegiem czasu zaczynał nienawidzić, siebie, otoczenie, swój los, który przecież każdy nosi w swoich rękach, a tam gdzie pojawiała się nienawiść – pojawiało się również zło. Zaczynało się od niewielkich rzeczy, kończyło się na poważnych. Z biegiem czasu tacy ludzie nie dopuszczali do siebie myśli że to oni są źli, nadal uważali że to cały świat dookoła jest zły, a oni tylko walczą o przetrwanie, że to nie jest ich wina, że są jacy są.
Mies czuł w głębi siebie, że nie pasuje do tego świata, pomimo tego cały czas szukał. Wiedział że coś się kroi, słyszał w sobie krzyczącą ciszę, jak przed koszmarną burzą, albo przed nadejściem czegoś. Nie było to jednak coś groźnego, bardziej wielka niewiadoma, która mogła by być zła, ale mogła też oznaczać coś dobrego. Od zawsze był cichym człowiekiem, posiadał jednak niesamowity talent do języków obcych, wystarczył mu miesiąc w jakimś kraju, żeby w miarę dobrze porozumiewać się z wszystkimi. Dużo rozmyślał, czasami łapał się na tym że przez kilka minut nie oddycha, tak jakby nie musiał, jakby to było coś nad czym musi panować, coś co musi kontrolować, ale bez czego też jakoś da się żyć. Często też miał wrażenie, że jego ręce nie należą do niego, że własne oczy to tylko jakieś narzędzia przez które wygląda ten prawdziwy on, nogi są automatyczne i same niosą go gdzie on chce. Jakby jego własne ciało było tylko jakimś wielkim, dość zaawansowanym pojazdem, a mózg – komputerem, który tym wszystkim zawiaduje.
Miel miał też wady, często jego zachowanie wyglądało jak pogłębiająca się autodestrukcja, chodził w niebezpieczne miejsca, odwiedzał dzielnice biedy, gdzie przestępczość była czymś normalnym, czasami wręcz kusił los, ale zawsze jakoś mu to uchodziło na sucho. Udawało mu się wybrnąć z nawet najgorszej sytuacji i jedyne co go po tym wszystkim bolało to jego dusza, czuł po tym koszmarne, wręcz wiekowe zmęczenie, tak jakby pracował gdzieś nad czymś przez tysiąclecia i nagle zorientował się, że przecież można odpocząć. Bywały takie dni, gdy ciążyła mu własna dusza, ledwo zwlekał się z łóżka, żeby iść do pracy, zarobić na siebie jakiekolwiek pieniądze. Poprzez ciągłe podróże, poszukiwanie czegoś nieokreślonego Dolor był bardzo samotnym człowiekiem. Walczył z codziennym smutkiem i stale pogłębiającą się alienacją od życia czy społeczeństwa. Z pozoru był uśmiechniętym marzycielem, zawsze dobrym, uczynnym, sąsiedzi go lubili bo nie sprawiał problemu, zawsze potrafił pomóc, czy przykręcić odpadające gniazdko, naprawić zepsuty telefon, odwdzięczali się mu dając mu domowe wypieki czy butelki dobrych alkoholi, zapraszali go czasami na domowe małe święta, ale Miel zawsze sprawiał wrażenie, że przebywa gdzieś indziej, niby normalnie rozmawiał, uczestniczył w życiu spotkania, ale tworzył sobą wrażenie nieobecności, tak jakby jego zachowaniem kierowały jakieś zaprogramowane i wyuczone wcześniej reakcje i odpowiedzi. Niewielu ludzi potrafiło przedrzeć się przez pozory jakie sobą stwarzał i dostrzec cień smutku jaki podążał za nim, nie odstępując go nawet na chwilkę, praktycznie nikt nie potrafił dostrzec co skrywały jego oczy. Gdyby można było przetłumaczyć język uczuć czy emocji na cokolwiek innego, to można by powiedzieć, że smutek jaki odczuwał Miel był wszechoceanem, a on sam tkwił na pustej wysepce usypanej z czarnej i jałowej ziemi, dookoła panuje półmrok, woda jest całkowicie spokojna, nie widać nawet jednej zmarszczki na jej idealnym lustrze, woda płynnie przechodzi w niebo i tworzy sobą jedną całość, jest duszno i wilgotno, nie ma wiatru, nie ma uczuć, nie ma życia. Jest tylko on, mała wysepka usypana z grubego czarnego piasku i ocean. Jeżeli nadal iść tym tropem to ostatnio w jego życiu zaczęło dziać się coś dziwnego, raz na jakiś czas przez jego wysepkę przebiegał delikatny, ledwo odczuwalny wietrzyk, czasami przez ocean przemykała się niewielka fala, jakby mówiła „przepraszam, ja już znikam, nie przejmuj się mną”. To się wcześniej nie działo. To było niepokojące. Zawsze był on i wyspa, ocean. Teraz działo się coś. Było bezpieczne, a teraz jest…? No właśnie, jak jest? Ciekawie? Niebezpiecznie? Inaczej. Jest inaczej. Coś się zmieniło. Gdzieś otwierają się drzwi. Coś się zbliża.
Kolejna podróż. Jedna pękata walizka na miękkich kółkach – to był cały jego dobytek. Dobry laptop, kilka gadżetów, trochę ubrań, pudełko z pamiątkami. To wszystko co było mu potrzebne do życia gdziekolwiek się udawał. Nowy kierunek, Europa, ciekawy kraj, morze, góry, klimat umiarkowany, jest zima, jest i lato. Kraj możliwości, spory potencjał. Polska. Tam Miel jeszcze nie dotarł. Lot miał być długi, z USA bezpośrednio do Polski, do Gdańska. Kilka godzin.
Latanie było czymś co od zawsze go fascynowało, potrafił godzinami wgapiać się w okno obserwując umykającą w dole ziemię. Często śnił że lata, zaczynało się od biegu, szalonego biegu gdzie jednym krokiem pokonywał kilka metrów, potem odbijał się z obu nóg i leciał, upojony szczęściem i wolnością leciał coraz szybciej i wyżej, często sen kończył się tą elektryzującą ekstazą, wtedy powrót był konkretnym szokiem, powrót do ciała, do życia.
Gdy samolot już wystartował z deszczowego NowegoYorku, Miel usadowił się wygodnie i jak zawsze obserwował uciekające pod nimi chmury, widział miejscami poszarpaną linię brzegową wybrzeży USA, ale w końcu i ona znikła mu z oczu. W oddali wydawało mu się że widzi inny samolot, ale cokolwiek to było – znajdowało się stanowczo za daleko żeby można było stwierdzić z całą pewnością czy nie był to przypadkiem wytwór jego własnej wyobraźni. Tak czy inaczej nadeszła zdradliwa senność. Dolor nie zorientował się gdy płynnie osunął się w miękki sen. Znowu był to sen o lataniu, jednak tym razem gdy wzleciał ponad ziemię sen się nie skończył. Mógł szybować dalej unosząc się w pustej przestrzeni kosmicznej. Myślą skierował się w stronę księżyca, widział miejsca lądowań poszczególnych misji kosmicznych, widział liczne kratery i pola zastygłej magmy, lecz coś kazało mu polecieć jeszcze dalej, tak, że pomiędzy nim, a ziemią był nasz naturalny satelita. dopiero wtedy dostrzegł coś nietypowego, nawet jak na kosmos – niemal idealny zupełnie czarny fragment przestrzeni kosmicznej. Gdy podleciał bliżej okazało się, że ów fragment był dość dobrze zakamuflowanym pojazdem sporej wielkości. Był idealnie czarny i matowy, nie odbijał ani światła, ani innych sygnałów radiowych, wszystkie pochłaniał. Miel zrozumiał, że ma przed sobą wytwór jakiejś obcej cywilizacji. Tak w zasadzie to powinien się przecież bać, ale pomimo wszystko miał dziwne wrażenie że nie ma czego. Wydawało mu się, że widział już kiedyś podobne pojazdy, ale nie potrafił sobie przypomnieć gdzie. W pojeździe rozbłysło maleńkie światełko i w tym samym momencie coś zaczęło go ściągać z powrotem do jego ciała. Widział szybko zbliżającą się ziemię, przedzierał się przez poszczególne warstwy atmosfery, w końcu dostrzegł samolot w jakim się znajdował i niewielkim wstrząsie obudził się na pokładzie samolotu. Gdy stewardessa dostrzegła, że się przebudził podeszła do niego i uprzejmie poinformowała go, że do lądowania pozostały dwie godziny i czy życzy sobie czegoś. Dolor zamówił obiad i coś do picia, domówił jeszcze kilka drinków i poszedł się odświeżyć. W łazience po przemyciu rozespanej twarzy Miel dostrzegł coś nietypowego, co prawda od zawsze miał ciemną karnację, ale nigdy nie miał piegów czy też pieprzyków, tymczasem na jego lewym policzku wyskoczyło kilka całkiem wyraźnych ciemniejszych kropek, które ułożyły się w kształt litery „V”. No cóż, bywa i tak, pewnie nie ma się czym niepokoić, trochę więcej słońca, melanina działa, wszystko w normie. Co prawda dość dziwnie to wygląda, ale widział już dziwniejsze rzeczy.
Obiad był smaczny, drinki go rozluźniły co nieco, ale spokoju nie dawał mu sen, pamiętał go niesamowicie dobrze, każdy szczegół i detal. Jak zwykle szukał potwierdzenia czy to co mu się śniło to był jedynie sen, czy rzeczywiście podróżował poza ciałem. Korzystając z pokładowego internetu przejrzał dostępne informacje o misjach kosmicznych na księżyc oraz miejsca lądowań, wszystko zgadzało się ze snem. Ale mózg to zadziwiający organ, potrafi podświadomie zapamiętać takie informacje dostrzeżone poza świadomością człowieka, wszystko to może zostać odtworzone we śnie później sprawiając wrażenie nowych tworów.
Gdy zbliżali się do Gdańska pilot poinformował załogę, że właśnie spadł deszcz, ale jednak przywita ich słońce, temperatura wynosi 25 stopni i że dziękuje za wspólny lot. Miel miał zwyczaj zwiedzać pieszo przez kilka dni miejsce w jakim się znalazł, tak też zrobił tym razem. Walizkę zostawił w przechowalni bagażu płacąc za to z góry na pięć dni, po czym uzbrojony w plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami udał się tam gdzie go nogi poniosą.
Lotnisko było położone nieopodal lasu, z tego co się orientował poprzez mapy w telefonie las rozciągał się na dość sporym obszarze miasta. Można było wędrować nim godzinami docierając w ciekawe miejsca Trójmiasta. W supermarkecie Miel zakupił prowiant na dwa dni, jakieś napoje i lokalne piwo, które zawsze było dla niego zaskoczeniem. W niektórych krajach sprzedawali mocno przereklamowane i rozwodnione napoje piwo podobne, a gdzie indziej piwo miało bogaty i pełny smak. Takie małe hobby – testowanie lokalnych potraw i napojów. W każdym razie był piękny i ciepły poranek, w sam raz na wędrówki nieznanymi terenami. Swoim wyglądem zwracał trochę na siebie uwagę, dlatego też odwiedził lokalny sklep z odzieżowy i kupił zwyczajne nie wyróżniające się ubranie. Tak wyposażony ruszył w kierunku lasu z zamiarem dojścia do okolicy, która wydawała mu się idealna na spędzenie spokojnej nocy przy ognisku, był to kawałek otwartego terenu otoczonego ze wszystkich stron lasem, przez środek którego przebiegała droga nazwana Drogą Marnych Mostów.
W lesie było wilgotno i parno, w powietrzu unosiła się mgła, przez którą leniwie przebijały się promienie porannego słońca. Miał wrażenie, że taki klimat coś mu przypomina, na chwilkę zamknął oczy i natychmiast sobie przypomniał swoją małą czarną wyspę. Gorąco, wilgotno i nieruchome powietrze, tutaj jednak było słońce, las dosłownie kipiał życiem, tylu ptaków śpiewających naraz Miel nie słyszał już dawno. Pomimo że był to las północnej Polski przypominał mu jakiś przyczółek wilgotnej puszczy zwrotnikowej. Było pięknie i wręcz magicznie. Po drodze jedno miejsce go przyciągnęło, znajdowało się kawałek od głównej drogi i było dziwne. Nie śpiewały tam żadne ptaki, nie wiał wiatr, było tam idealnie cicho i spokojnie. Miel posiedział tam dłuższą chwilę po czym dziwnie wypoczęty i pełen optymistycznej energii ruszył dalej. Wkrótce dotarł do miejsca, w którym chciał się znaleźć, było południe. Podczas całej wędrówki Dolor widział tylko kilkoro ludzi, na rowerach, czy porannych biegaczy, wszyscy wyglądali jakby gdzieś się spieszyli, ale gdy uśmiechał się do nich to odpowiadali uśmiechem. Zapowiadało się dobrze, tutaj nie czuł się aż tak samotny wśród ludzi. Godzina była wczesna, więc stwierdził, że odwiedzi jeszcze plaże i koniecznie, obowiązkowo zaliczy kąpiel w morzu i piwko na plaży później. Miasto przez które przechodził rozwijało się leniwie, co kawałek widział jakieś budowy, rozwijającą się linię kolejową, nowe budynki ze szkła i metalu wyrastające jak grzyby po deszczu. Nie ma co, dynamiczny kraj. Może tutaj uda się zagrzać miejsce?
Kąpiel w morzu dobrze mu zrobiła, woda co prawda nie była aż tak ciepła jak w jego rodzinnych stronach, ale dobrze się tu czuł. W pobliskiej jadłodajni zamówił sobie rybę i zimne piwo. Kilka dań później syty i zadowolony z życia jak nigdy wcześniej, Miel ruszył do swojej doliny. Dotarł tam akurat gdy słońce zaczęło zachodzić. Czasu starczyło mu jeszcze na rozbicie maleńkiego, jednoosobowego namiotu oraz na nazbieranie chrustu na niewielkie ognisko. Wybrał miejsce nieopodal przepływającego strumienia, dźwięk płynącej wody zawsze go uspokajał, a dostęp do wody w przypadku ogniska też był ważny.
Noc była ciepła i bezchmurna. Pomimo bliskości miasta gwiazdy były bardzo dobrze widoczne. W takie wieczory z niewielkim ogniskiem, bez żywej duszy wokoło Miel siadał nieopodal i grał przypadkowe melodie na okarynie, którą zawsze miał przy sobie. Tak upływały leniwe godziny wieczora, na graniu, popijaniu miejscowych specjałów, pieczeniu ziemniaków i kiełbasek, na odpoczynku od życia. Po zgaszeniu ogniska wodą z pobliskiego strumienia Dolor położył się w namiocie tak, że mógł swobodnie obserwować niebo, ale cały ekwipunek miał schowany w niewielkim namiocie. Na szczęście komary nigdy nie lubiły smaku jego krwi więc przeważnie w nocy miał spokój i nie musiał używać żadnych moskitier. Gdy już miał zasypiać, dostrzegł na niebie nietypowo ciemne miejsce, podobnie jak podczas swojego snu na pokładzie samolotu. Ciemny obszar przesuwał się po niebie na wysokości kilku kilometrów. W przypływie weny twórczej sięgnął po kieszonkowy laser sporej mocy i skierował jego wiązkę na ciemny obiekt migając trzy razy. W odpowiedzi obiekt mrugnął w identyczny sposób ledwo dostrzegalnym światłem po czym zniknął. Przez dolinę przemknął pojedynczy powiew wiatru. Poza tym powietrze było ciężkie od spowijającej okolice ciszy, wszystkie zwierzęta albo spały albo siedziały gdzieś struchlałe z niepokoju. Miel też coś wyczuwał i kierowany przeczuciem złożył namiot, śpiwór i schował wszystko do plecaka. Ciągła obserwacja nieba przyniosła zamierzony skutek, znowu pojawił się ów ciemny obiekt. Tym razem pojazd był znacznie mniejszy, tak jakby jednoosobowy. Poruszał się całkowicie bezgłośnie, był idealnie czarny, nie posiadał jakiegoś konkretnego kształtu, można było odnieść wrażenie że jest wręcz plastyczny. Przez chwilę latał nad okolicą jakby czegoś szukając, czy skanując teren, po czym zawisł nad ziemią nieopodal miejsca gdzie obozował Dolor.
Miel sam nie wiedział do końca co o tym wszystkim myśleć, z jednej strony chciał podejść, zobaczyć co to jest, czy ktoś jest w środku, z drugiej strony był trochę wystraszony. Jak by nie patrzeć to zupełnie ludzki odruch, strach przed nieznanym, nawet jak to nieznane jest całkowicie pokojowo nastawione i nie skrzywdziło by nawet muchy. W końcu ciekawość wygrała, zabrawszy swój plecak i upewniwszy się czy ognisko na pewno jest zgaszone, podszedł do statku, który bezgłośnie lewitował nieopodal. Gdy znalazł się tuż koło niego, obiekt bezgłośnie otworzył się, dopiero z bliska widać było, że jest wielkości sporego samochodu dostawczego. W środku Miel ujrzał siebie samego, który uśmiechnął się do niego i gestem zaprosił go do środka. Z jednej strony Miel miał ochotę uciekać szybko, daleko i przez kilka dni, z drugiej strony czuł, że wszystko jest ok, że nic złego się nie dzieje. Decyzja zapadła. Już wewnątrz pojazdu okazało się, że ściany są całkowicie przezroczyste, statek wykonany był z jakiegoś nieznanego mu materiału, z jednej strony plastycznego i miękkiego jak gumowa powłoka dobrze nadmuchanego balonu, z drugiej strony była niesamowicie wytrzymała i odporna na wszelkie nawet najsilniejsze uderzenia, włącznie z uderzeniami mikrometeorytów. Podróż przypominała mu jego sen, ten w którym lata, tyle, że tym razem działo się to na prawdę. Miel podejrzewał co się dzieje, dlaczego tu jest i gdzie zmierza. Statek znajdował się tam, gdzie we śnie, za księżycem, schowany przed ziemią. Tak było bezpieczniej. Duży statek zbudowany był z tego samego materiały co mniejszy pojazd, przy czym jak się później okazało ten mniejszy był częścią dużego, dlatego też połączenie obu statków wyglądało jakby ten duży wchłonął mniejszy pojazd. Już wewnątrz Miel dostrzegł innych ludzi, wszyscy byli ubrani jednakowo i bez słowa poruszali się w wyznaczonych kierunkach, część z nich Miel kojarzył z widzenia, była wśród nich stewardessa z samolotu, sąsiadka z USA, u której często bywał pomagać w drobnych naprawach, która piekła wyśmienite ciasta. Był wśród nich przesympatyczny bezdomny, z którym Miel uwielbiał rozmawiać jak przebywał w Szwecji. Dziwna zbieranina. Dopiero gdy Miel oraz Miel dotarli do głównego pomieszczenia wszystko co przeczuwał – okazało się prawdą. Tam siedziały istoty jakby utkane ze światła, spoczywające w urządzeniach wyglądających jak fotele. Było ich kilkanaście, jedna z nich wpatrywała się intensywnie w niego oczami czarnymi jak jego wyspa pośrodku ogromnego oceany smutku. Nagle pojął, że patrzy sam na siebie. Powoli podszedł do istoty i wyciągnął ku niej rękę, istota zrobiła to samo. Drugi Miel gdzieś zniknął, ale to nie było w tej chwili ważne. Po jego policzkach spływały łzy, które w szybkim tempie osuszały ocean smutku jaki znajdował się w jego duszy. Zrozumiał, że jest w domu, że zawsze był w domu, że to wszystko co przeżywał może i działo się na prawdę, ale było jak zadanie domowe, jak praca, z której można wrócić do domu, do tego jedynego prawdziwego domu, gdzie można wreszcie wziąć wdech pełną piersią, zdjąć wszystkie mury jakimi się na co dzień otacza, gdzie wszystko co miękkie i wrażliwe na ciosy może oddychać i żyć bez obaw o atak. Nagle wszystko zrozumiał, wszystko było dla niego jasne. Oni, to znaczy my jesteśmy tu już od dość dawna. Mniej więcej od czasów technologicznej rewolucji, w której skutecznie pomogliśmy, Nikola Tesla, Stephen Hawking, Elon Musk to wszystkie te postacie to my. Zauważyliśmy, że zmierzacie ku własnej zagładzie, do tej pory obserwowaliśmy was od bardzo dawna, nie wtrącaliśmy się do waszego życia, do waszej drogi, ale nie możemy dłużej patrzeć jak tak wspaniała cywilizacja jak wasza, przez jednostki zmierza ku upadkowi i całkowitej anihilacji. Podczas gdy znane i wybitne postacie z waszego świata starają się wam pomóc wzbić się na wyższy poziom zaawansowania technologicznego i naukowego, inne jednostki takie jak ja przeprowadzają badania nad wami, nad tym kim jesteście, nad waszą esencją. Wszyscy jesteśmy stworzeni z tego samego, wewnątrz nie różnimy się prawie wcale. Jedyną różnicą jest poziom zaawansowania intelektualnego, mentalnego, wy nazwali byście to oświeceniem. Musimy sprawdzić, czy zło jakie was nęka wynika z was, z niedoskonałości waszego ciała, z okoliczności w jakich się znajdujecie, czy jesteście źli ze środka. Od tego zależy wasze przetrwanie. Cywilizacyjnie jesteście na skraju przepaści, macie dwie drogi, albo spadniecie ku własnej zgubie, albo opamiętacie się i spojrzycie za siebie i uświadomicie sobie jak wielkie zniszczenia powodujecie. Wśród was wielu jest prawdziwie dobrych ludzi, wielu jest takich, co nie mają siły zapanować nad swoim życiem, ich światło zależy od okoliczności, wielu również jest takich, którzy są źli po prostu. Bez powodu. Dla nich nie ma już ratunku, im nie można pomóc. Oni pochłaniają i niszczą nasze światło, wasze światło. To oni popychają was w przepaść.
Zadacie pytanie dlaczego Miel nie wiedział kim jest. Wiedział. Czuł to i czyniło go to nieszczęśliwym. Gdyby wiedział to eksperyment by się nie powiódł, musiał uwierzyć że sam jest człowiekiem. Musicie również wiedzieć, że przebywanie na waszej planecie w obecnym czasie jest dla nas śmiertelnym zagrożeniem. Jedynym co nas może zabić to ciemne istoty, które kiedyś były światłem. Próbowaliśmy kiedyś żyć z wami w zgodzie, dawno temu. Skończyło się to tragicznie, ciemne istoty zamknięte w waszych ciałach próbowały zdobyć naszą technologię w celu prowadzenia skuteczniejszych wojen. Musieliśmy opuścić waszą planetę i zatrzeć za sobą wszelkie ślady naszej obecności. U was to wydarzenie jest silnie zakorzenione w legendach, nazwaliście nasz kawałek ziemi Atlantydą. Tak, nasz kraj zniknął pod ziemią, ale jego celem nie było dno oceanu, a wnętrze ziemi, dopiero w taki sposób mogliśmy w stu procentach zatrzeć ślady naszego pobytu na waszej planecie. Potem obserwowaliśmy wasz rozwój, ciągłe wojny, konflikty wywoływane przez te same ciemne dusze odradzające się w coraz to nowych wcieleniach.
Stoicie na progu zagłady. To od was zależy wasza przyszłość. Jeżeli okaże się, że wewnątrz jesteście dobrymi ludźmi i wystarczy wam troszkę pomóc żebyście przeszli na wyższy poziom świadomości – to będzie wasz sukces, wasza wielka wygrana. Jeżeli jednak okaże się, że jako gatunek macie w sobie od momentu urodzenia zaszczepione zło – nie możemy dopuścić, żebyście nadal egzystowali wśród gwiazd, byli byście zagrożeniem dla wszystkich innych systemów. To co was trafi jest ewenementem na skale kosmiczną. Żadna inna cywilizacja nie wykształciła w sobie tyle zła, nie stworzyła tyle ciemnych dusz. Zazwyczaj były to pojedyncze przypadki, szybko wychwytywane ze społeczeństwa i błyskawicznie odzyskiwały swoje światło. U was jest na odwrót. Wychwytywane są jednostki posiadające wewnętrzne silne światło, otaczane są przez cienie, które kradną ich światło, po jakimś czasie światło zastępuje cień.
Jeżeli uda wam się wygrać z cieniami – odblokujemy wasz kontakt z resztą wszechświata, poznacie inne cywilizacje, dołączycie do wielkiej rodziny. Wygracie życie.
Jeżeli wygrają cienie – to będzie koniec dla ludzkości. Dokonamy masowej sterylizacji, nie urodzi się ani jedno dziecko, sztucznie czy naturalnie. Przeżyje jedynie flora i fauna waszej planety. Staniecie się planetą gasnących cieni, które nie posiadając ciał szybko znikną.

Czym więc jesteśmy my jako ludzie? Bezgranicznie samotnymi jednostkami otoczonymi wymuszoną pustką? Jak dziecko nie wpuszczone na urodzinowe przyjęcie, nie rozumiejące co się w około dzieje, siedzące w ciemnym pokoju na małej czarnej wysepce z dywanu, szeroko otwartymi oczami pełnymi łez poszukujące ciepła i światła? Kim jesteśmy, żeby osądzać innych, my – małe dzieci wkładające palec w ogień na przekór zdrowemu rozsądkowi? Może jesteśmy po prostu bardzo nieszczęśliwymi dziećmi we mgle…

Written by DeVilio

18/06/2015 at 13:28

Napisane w Uncategorized

Cieplejszy wieje wiatr

leave a comment »

Z ponurym milczeniem przyglądał się akcji ratowniczej na krajowej dziesiątce. To już kolejny wypadek w tym miejscu, ten wyjątkowo paskudny. Ratownicy w popłochu biegali we wszystkich kierunkach i zbierali z drogi to co pozostało z pasażerów niewielkiego busa. Jakoś go to nie ruszało. Już nie. Za pierwszym razem chciał nawet pomagać, kolejnym – przyglądał się i robił zdjęcia dla lokalnej gazety. Ale każdy następny coraz mocniej go zobojętniał. Dzisiaj stał tylko i zastanawiał się kiedy będzie mógł wrócić do swojej pracy bo przy każdym wypadku istniało jakieś tam ryzyko czegoś tam, bo pożar czy coś, a jakby nie patrzeć, pożar to jest coś czego stacje benzynowe nie lubią.
„Cześć, jestem JIM, w czym mogę Ci pomóc?” – głosił napis na jego plakietce firmowej. Wszystko było utrzymane w radosnej tonacji, można było się porzygać od wszechogarniającej słodkości. Na szczęście nie wiadomo co za idiota projektował sieć stacji benzynowych wyglądającą jak coś przeznaczone dla bogatego 5 latka, na szczęście – bo większość odchodzących pracowników zapewne była by w drodze to tej osoby celem dokonania pewnych złych zabronionych prawnie rzeczy z użyciem wszystkiego co ostre, gorące i rażące prądem. Patrząc na stację benzynową, część restauracyjną, na strój pracowników, nawet na dystrybutory paliwa człowiek miał ochotę wydrapać sobie oczy i przysięgał że nigdy już niczego nie posłodzi.
Jimowi było obojętne praktycznie wszystko. To jak wygląda, to gdzie pracuje, to co je, pije, to z kim rozmawia. Uśmiech miał zaprogramowany i tak sztuczny jak to się tylko dało, odpowiedzi automatyczne, zachowanie również. Gdyby cała stacja wyleciała w powietrze, czy została zaatakowana przez kosmitów – Jim pewnie by tego nawet nie zauważył i życzył miłego dnia najeźdźcom zamieniającym klientów w różową papkę. Całe jego życie odkąd pamięta było w stylu „what ever”.
No ale trzeba było wracać do roboty, wszystkie kawałki zostały wyzbierane co do najmniejszego paluszka i noska, czarne worki były równomiernie powypychane, wraki zapakowane na lawety, droga wysprzątana i gotowa na przyjęcie kolejnych odważnych kierowców sądzących „co, ja nie umiem?! JA NIE UMIEM? no to patrz!”.
Po cichu Jimbo marzył wręcz żeby któryś pojazd z impetem wjechał w stację benzynową, najlepiej typowy drogowy pociąg – kilkuczęściowa ciężarówka przewożąca na przykład dynamit, albo środki wybuchowe do pobliskiej kopalni. To by było nawet fajne i ostatnim co by zrobił Jim był by szeroki uśmiech. Przynajmniej ratownicy nie napracowali by się zbytnio bo wszystko by po prostu znikło. Zamiast tego na stację zajechał ktoś kto najwidoczniej nie potrafił sobie poradzić z obsługą czegoś tak skomplikowanego jak automatyczny dystrybutor paliwa, natomiast całkiem dobrze radził sobie z obsługą klaksonu. Zawsze wiele wysiłku kosztowało go w miarę uprzejme, albo chociaż chłodno neutralne podejście do takich klientów, przeważnie miał ochotę zatankować kilkanaście litrów paliwa wprost do kabiny pasażerskiej i z uprzejmym uśmiechem wrzucić do środka zapaloną zapałkę, na koniec życzyć miłego dnia i spokojnie oddalić się na swoje stanowisko pracy. Zamiast tego Jim zatankował sportowe BMW, przyjął zapłatę i bez słowa „dziękuję” został tam gdzie stał schowany w chmurze spalonej gumy. Bananowa młodzież się bawi… Wielokrotnie zastanawiał się kim byli by tacy ludzie, gdyby nie pieniądze rodziców. Zapewne byli by społecznym zerem, a może odwrotnie? Może wyrośli by z nich naukowcy? Wielcy ludzie? Poeci? Myśliciele? Albo chociaż aktorzy czy piosenkarze? Tymczasem zazwyczaj spotykał się jedynie z przypadkami niesmacznego szpanu, skrajnego lekceważenia człowieka, rozrzutności i innych przypadków człowieka, który czuje się kimś lepszym od tego otaczającego go plebsu.
Odkąd pamiętał współczuł takim ludziom, współczuł praktycznie całemu społeczeństwu, każdemu z innego powodu, kibolom bo byli w prywatnym życiu bardzo nieszczęśliwymi i niezrealizowanymi ludźmi, żebrakom bo nie potrafili wyrwać się z zaklętego kręgu konformizmu i alkoholizmu, współczuł tym bogatym, dyrektorom, szefom bo byli bezgranicznie samotni, bo musieli się obawiać wszystkiego i wszystkich. Najbardziej współczuł chyba sobie samemu, że to wszystko widzi i czuje, że jest każdym po trochu, oczywiście bez tych korzyści z bycia każdą z wymienionych grup społecznych, nie był odważny i silny, nie potrafił olewać wszystkiego i skupić się na sobie, nie był bogaty. Był sobą. Średniakiem ze skłonnością do bycia na dole drabiny społecznej.
Najciekawszą rzeczą w jego życiu były dziwne stany w jakich czasowo się znajdował. Z tego właśnie powodu nie mógł wykonywać żadnej odpowiedzialnej pracy. Stany te polegały na czasowym wyłączaniu się, stał wtedy nieruchomo, nie reagował na żadne słowo, wokoło mogła wybuchnąć wojna, a on stał by nieruchomo wpatrując się w nieistniejący punkt. Tak przynajmniej twierdzili lekarze i jego nieliczni znajomi. Czasami trwało to kilka sekund, czasami kilka minut, jednak nigdy nie więcej jak dziesięć minut.
To też wydarzyło się tuż po odjeździe sportowego BMW, Jim stał nieruchomo przy dystrybutorze, z czytnikiem kart w ręku i wpatrywał się martwym wzrokiem w pustkę.
Tymczasem, dokładniej mówiąc tamtym czasem, tym prawdziwym, klient właśnie się wybudzał. Przy każdym takim człowieku musiał być psycholog i co najmniej jedna silna osoba wyposażona w urządzenie odcinające funkcje motoryczne organizmu, czyli jednym słowem coś co paraliżowało całkowicie niebezpiecznego delikwenta. Klienci nie mieli imion, mieli numery, tak było łatwiej. Ten był numerem 24831443.
– Witam pana, czy wie pan gdzie się pan znajduje? – zapytała bezbarwnym głosem pielęgniarka. W odpowiedzi uzyskała przerażone przeczące kręcenie głową.
– Właśnie obudził się pan. Wszystko wróci do pana w przeciągu najbliższych dziesięciu minut. Polecam być spokojnym i nie próbować robić niczego głupiego. W razie czego asystent posiada odpowiednie środki, dzięki którym nie będzie miał pan możliwości robić głupich rzeczy. Jeżeli mnie pan rozumie to proszę pokiwać głową – jeszcze bardziej przerażone kiwanie głową.
Nieznana mu kobieta miała rację. Wszystko powoli wracało. Jego imię… nie, nie ma imienia, ma numer, skąd ta głupia myśl o imieniu, przecież od bardzo dawna nikt nie używał imion. Od zawsze były numery. Który mamy rok? Godzinę? Jaka dzisiaj data? Rok chyba 22coś tam coś tam, tak, 2256, był chyba luty. Wszystko wracało. Polowi ale nieubłaganie, wracała wiedza, której numer 24831443 wolał by nie posiadać.
Tak jak przewidywano wybuchła wojna, było to dość dawno temu bo około roku 2020, chociaż napięcia na arenach międzynarodowych były już w 2014 roku. Jednak eskalacja nastąpiła dopiero sześć lat później. Wszystko zaczęło się jak zawsze od tego, że ktoś chciał mieć więcej i móc więcej kosztem oczywiście kogoś innego. Ale tak było zawsze i zawsze jakoś to działało, każdy trzymał kogoś za przysłowiową mordę taką czy inną metodą, a to grożącymi sankcjami, a to arsenałem mogącym spalić całą ziemię kilka razy. Eskalacja przyszła z dość nieoczekiwanej strony. Jedno niewielkie państwo w europie doczekało się wyborów w 2019 roku gdzie władzę przejął człowiek, który nigdy nie powinien był pełnić żadnego poważniejszego zadania niż ukrojenie kanapki czy kupienie kilograma jabłek. Człowiek ten podkupując sporą część sceny politycznej jakimś cudem przepchnął zmianę konstytucji powołując takie stanowisko w kraju jak Król, który posiadał w swoich rękach władzę praktycznie absolutną. Ludzie, którzy się sprzeciwiali albo wyjechali za granicę, albo zostali siłą wydaleni bez prawa powrotu. Wszystko zaczęło się od zamachu będącego wynikiem mowy nienawiści przeciwko jednemu z super mocarstw, niewielka grupa fanatycznych zwolenników nowego Króla wyjechała za granicę z samobójczą misją pokazania mocarstwu, że jest kolosem na glinianych nogach i że ich sprawa jest z nadania boskiego podobnie jak ich Król. Efektem samobójczych ataków był ciężki i trwały uszczerbek na zdrowiu głowy mocarstwa, najgorsze było to że jak twierdzą historycy ucierpiało nie tylko zdrowie fizyczne ale też psychiczne. W odwecie supermocarstwo ruszyło swoje wojska na granicę z państwem z jakiego pochodzili ludzie, którzy przeprowadzili samobójcze ataki, co z kolei wywołało niepokój państw sprzymierzonych. Odpowiedzią była koncentracja wojsk koalicji na tej samej granicy. Wojna była nieunikniona i była to jedynie kwestia czasu.
Współczesna wojna zmieniła wszystko, głównie za sprawą broni nuklearnej. Wcześniejsze pokolenia mogły się bardzo cieszyć, że pierwsza i druga wojna światowa odbywała się jeszcze przed erą atomu, a w zasadzie to u jej początków. Gdyby broń atomowa została wynaleziona w połowie trwania drugiej wojny światowej z ówczesnego świata, przy tamtej technologii praktycznie nie było by czego ratować.
W każdym razie pierwsze ataki zostały przeprowadzone na wszystkie główne ośrodki przemysłowe oraz punkty strategiczne takie jak rafinerie, elektrownie, fabryki, lotniska, porty, stocznie oraz wszystkie inne obiekty, jakie były ważne dla poszczególnych państw. Oczywiście wielcy tego świata siedzieli bezpieczni w bunkrach gdy miliardy ludzi ginęło na zewnątrz w piekle atomowego ognia. Szczęście mieli ci ludzie, którzy znajdowali się blisko epicentrów wybuchów bo zginęli natychmiast. Gorzej mieli ci, którzy byli bardziej oddaleni od promieniowania, oni umierali godzinami, dniami. Ostatnia grupa miała jakiekolwiek szanse na przeżycie, ale szczerze mówiąc jakie to było życie, na resztkach cywilizacji, walcząc o wszystko, zmagając się z chorobami, o których myślano że wyginęły już na zawsze.
Tak czy inaczej w wyniku ataków nuklearnych na ziemi nie dało się normalnie żyć. Szczątkowa cywilizacja z powierzchni wymierała powoli, jeżeli ktokolwiek się rodził to albo kaleki albo nie zdolny do życia. Po około stu latach nie było już komu grzebać starych ludzi. Większość flory i fauny wyginęło na skutek katastrofalnych zmian klimatycznych. Jedyni ludzie, którzy ocaleli praktycznie bez większego uszczerbku na zdrowiu schowali się pod ziemią w wielkich schronach. Byli to naukowcy, ludzie ze świata polityki, przedstawiciele starej władzy itd. Najmniej było zwyczajnych cywili.
W podziemnych miastach życie jakoś szło, powoli ale do przodu, ludzie drążyli wielkie jaskinie, budowali domy, miasta, fabryki, szkoły, szpitale… Jednym słowem próbowali odtworzyć to co zniszczyli na ziemi. Dzięki naukowcom pożywienia było dużo, nowe uprawy zarówno roślin jak i mięsa przynosiły obfite plony nie zagrożone żadnymi chorobami, wszystkie były wysokiej jakości – dosłownie samo zdrowie. Można powiedzieć, że niczego im nie brakowało, prawie niczego. Nikt nie przewidział jak ważne dla człowieka jest słońce i wolność. Nie ważne jak wielka była by jaskinia w jakiej mieszkało społeczeństwo, klatka zawsze była klatką. Nie ważne jak bardzo naukowcy starali się zasymulować słońce i niebo, nawet pogodę. Każdy człowiek podświadomie czuł się zamknięty i uwięziony. Z początku ludzie próbowali uciekać na powierzchnię, nie interesowało ich że tam czeka ich śmierć w przeciągu tygodnia, maksymalnie dwóch. Umierali w męczarniach ale z uśmiechem na ustach, umierali wolni. Po jakimś czasie w obawie przed wymarciem gatunku homo sapiens każdy człowiek miał od urodzenia wszczepione urządzenie podające jego dokładną lokalizację, każdy zanik sygnału powodował alarm czujników znajdujących się najbliżej, dodatkowo urządzenie to było nie do usunięcia gdyż było całkowicie zintegrowane z układem nerwowym człowieka. Wyłączenie go powodowało całkowity paraliż.
Społeczeństwo to nie posiadało praktycznie waluty, przynajmniej tej realnej. Jedynym sposobem posiadania jednostek była praca na rzecz społeczeństwa, albo po prostu życie. Gdy człowiek niczego nie robił tylko siedział i się rozmnażał – stać go było na podstawowy poziom życia. Gdy pracował mógł sobie pozwolić na coś więcej, lepsze jedzenie, jakiekolwiek rozrywki. Ale i to czasami nie wystarczało, odsetek samobójstw stale rósł. Aż do czasy gdy naukowcy wymyślili symulacje. Coś co było dostępne dla wszystkich. Dzień w symulacji, dzień w rzeczywistości i tak bez końca. Człowiek prowadził dwa życia z tą różnicą że w tym symulowanym życiu nie wiedział o tym co było prawdą. Tam żył w błogiej nieświadomości. Teraz świadomość wróciła, teraz wróciła pamięć, bezsens prowadzonego tu życia uderzył go prosto w twarz. Nie wiedział czy krzyczeć, czy zapłakać, a może przegryzie sobie żyły, nie ma przy sobie przecież niczego czym mógłby się skrzywdzić. Z rozpaczą spojrzał na swoje nadgarstki, na obu z nich znajdowały się blizny po szyciu i nie były to pojedyncze ślady, było ich wiele. Czyli już tego próbował, a może rzuci się na tego dryblasa, odbierze mu kontroler jego chipa i ucieknie gdzieś gdzie będzie mógł spokojnie ze sobą skończyć? Nie to też nie dobry pomysł, facet był rodzajem hobbystycznego kulturysty, który widoczną satysfakcję czerpał z wszelakich możliwości starć z kimkolwiek. Zły pomysł, zdecydowanie zły. Panika narastała, stała się trudna do zniesienia, czuł że ześlizguje się powoli z krawędzi normalności wprost w nieznane obszary słodkiego szaleństwa, chciał płakać i śmiać się jednocześnie, ale najbardziej chciał żeby jego serce po prostu przestało bić, żeby dało sobie spokój. Dusił się tu, pomimo że nie myślał o tym, że tak na prawdę mieszka w wielkiej zamkniętej jaskini to ta świadomość zawsze gdzieś była i sprawiała mu ból.
Gdzieś w oddali dostrzegł jednak promień nadziei. Gdzieś z tyłu czaszki kołatała się myśl, a w zasadzie numer, był to 5667826252. Nie pamiętał do końca o co chodzi ale warto było spróbować.
– Czy mogę prosić o 5667826252?  – zapytał zachrypniętym głosem.
– Tak, już wzywam – odpowiedział asystent po czym powiedział kilka słów do mikrofonu przypiętego do kołnierzyka czarnej koszuli. Po chwili na salę weszła kobieta. Dla niego była jak odkrycie na nowo czegoś znajomego, miała proste włosy za ramiona koloru raczej nieokreślonego, żywe wesołe i głębokie spojrzenie oraz figlarny pieprzyk nieopodal lewego kącika ust.
– Czekałam aż się obudzisz. Jak się czujesz?
– Jeszcze skołowany i nie wszystko pamiętam.
– Tak jak ostatnim razem, za pół godziny sobie przypomnisz. Atak paniki już ci przeszedł? Możemy iść do domu?
– Tak, chyba tak. – odparł niepewnym tonem.
Asystent pomógł mu wstać i odprowadził oboje poza granice instytutu symulacji. Jak wszędzie tu też płaciło się jednostkami, im więcej ktoś zapłacił tym fajniejszą miał symulację, podstawowy program był praktycznie darmowy i nie oferował niczego szczególnego.
– Wiesz co Moon, wiem, że to dla Ciebie jest jakaś pomoc w załamaniu, ale może na piąta symulacje pójdziemy razem ok?
– Piątą… Moon? Dlaczego nazwałaś mnie Moon?
– Bo to o wiele łatwiejsze od urzędniczego 24831443, nie sądzisz?
– Fakt, no i wybacz że pytam ale jak…
– Konsti. Pytasz za każdym razem zanim upłynie te cholernie pół godziny. Chciałeś mówić do mnie Gwiazdko, ale potem stwierdziłeś że jestem dla Ciebie o wiele ważniejsza i jestem niczym cała konstelacja, ale to za długie i wyszło Konsti.  – Moon od razu poweselał. Teraz życie nie wydawało mu się już tak nieznośnie tym bardziej, że te gwiazdy świeciły bardzo mocno i co najpiękniejsze, świeciły tylko dla niego.

Written by DeVilio

07/05/2015 at 16:07

Napisane w Uncategorized

Taki jest on.

leave a comment »

Czytajcie słuchając tego: https://www.youtube.com/watch?v=J4ng_BhH9MU

Nudny poranek tak w zasadzie, leniwa niedziela, jakich wiele. Rano trzeba było pobiegać, żeby mięśnie nie zardzewiały do końca, potem prysznic i lekkie śniadanie. Jean starał się nie oglądać telewizji, zawsze uważał, że to mu wręcz uwłacza, takie ogłupianie mas. Był człowiekiem bardzo inteligentnym i nie chodziło tylko o ten rodzaj książkowej głupiej inteligencji, ale o inteligencje życiową, tą co pozwalała ruszać do przodu, rozwiązywać problemy. Wybrał zawód biotechnologa, dość ogólny na dodatek, zajmował się po trochu wszystkim i doskonale wiedział, że gdyby skupił się na jednej konkretnej dyscyplinie, to mógłby zdobyć konkretne osiągnięcia.
Wzrokiem poszukał pilota i tym razem stwierdził, że raz na jakiś czas można wrzucić na luz i dać swojemu mózgowi wolne. Szybki strzał w szkło i zamiast spodziewanej medialnej papki Jean usłyszał jedynie ciszę. Kilkanaście kanałów – to samo. Pewnie kablówka siadła jak zwykle, szybkie sprawdzenie smartphone – internet działa, czyli coś ewidentnie z telewizją. Czyli jakby nie patrzeć to dość oczywisty znak żeby telewizji dzisiaj nie oglądać. Jednak dzisiejszy dzień był jakiś inny, coś było ewidentnie nie tak jak zawsze. Samochodów nie było na ulicy praktycznie wcale, ludzi też niewiele. No dobrze, czas przejrzeć internet, może tam jest jakaś informacja, szybki rzut oka w sieć pozwolił stwierdzić powtarzające się informację o jakiejś chorobie, ale przecież ostatnio wszędzie pełno było informacji odnośnie eboli, SARS, grypy i innych takich, więc kolejny news nie wzbudzał większego zainteresowania u Jeana. Wręcz przeciwnie, ciągła pogoń za nową sensacją skutecznie zniechęcała go do czytania jakichkolwiek newsów.
No ale mniejsza z tym, to tylko internet, to tylko telewizja, ludzie sobie radzili bez tych mediów przez setki lat i wszystko jakoś działało. Tymczasem słońce świeciło już wysoko na niebie i przyjemnie przygrzewało, więc fajnie by było przejechać się do centrum miasta na jakieś lody, a co tam, jest niedziela, zasłużył na to. Taka pogoda była wręcz wymarzona na rower, po co truć się w samochodzie, nawet takim elektrycznym, inni w końcu nadal jeździli spalinowymi.
Podczas jazdy nie widział ani jednego człowieka, czasami słyszał w okolicznym lesie jakiś krzyk czy szmery ale to pewnie okoliczne dzieciaki znowu bawią się w wojnę i biegają po okolicy ze swoimi karabinami ASG. Jean zaniepokoił się dopiero jak wjechał do miasta, wszędzie stały porzucone samochody, większość pozostawiona w pośpiechu, w innych tkwili ludzie, którzy bardziej przypominali rekwizyty z jakiegoś kiepskiego horroru klasy „z”. Przez cały czas przebywania w mieście miał nieokreślone poczucie zagrożenia, coś było mocno nie tak.
W takich momentach powiedzmy – kryzysowych – Jean zawsze wykazywał się chłodnym opanowaniem, szybkim tworzeniem i realizowaniem precyzyjnych planów działania. Punkt pierwszy – apteka, środki czystości, lekarstwa, cokolwiek się dzieje – może potrwać dłużej. Dobrze, że przy okazji w planach miał zakupy w markecie – dzięki temu zabrał dość spory plecak oraz sakwy rowerowe. Potem zakupy w markecie – jeżeli nikogo nie zastanie – zostawi przy kasie list oraz pieniądze za zakupione rzeczy wraz z listą co kupił oraz swoje dane osobowe. Tak na wszelki wypadek. Potem – bezwzględnie dom, co prawda żył sam – z własnego wyboru – ale w domu czuł się bezpiecznie.
Dom zbudował sobie zgodnie z własnym projektem, parter z kuchnią po prawej od wejścia, pokój gościnny na lewo z kominkiem, z tyłu toaleta dla gości oraz łazienka. Kolejne piętro – sypialnia z lewej, z prawej łazienka. Wszystko przestronne ale skromne. Jego tajemnicą była piwnica, tam zgromadził swoje zabawki – najróżniejsze instrumenty, doskonałe kolumny i wzmacniacz wysokiej klasy, kino domowe z projektorem i bardzo wydajny komputer – całe pomieszczenie było całkowicie dźwiękoszczelne oraz posiadało dość konkretne drzwi, które można było otworzyć jedynie kodem, co prawda dało się też dokonać tego manualnie, ale było to dość skomplikowane, wymagało klucza i odpowiedniego odblokowania wymyślnego mechanizmu. W tym pomieszczeniu Jean planował tymczasowo się schować, na wypadek jakiś nieprzewidzianych wydarzeń.
Do apteki dotarł późnym popołudniem. Drzwi nie były zablokowane, w środku na ławeczce siedziała jedna starsza pani i wyglądała jakby spała. Gdy wszedł babuleńka się poruszyła,jakby się obudziła. Jean stwierdził, że nie będzie niepokoił staruszki i grzecznie czekał na kogoś kto podejdzie do lady i go obsłuży. Po chwili ktoś go popchnął. Starsza pani próbowała wepchnąć się w kolejkę, pewnie się potknęła czy coś. Jednak za czwartym razem Jean chciał uprzejmie zwrócić jej uwagę na jej zachowanie i dopiero wtedy przyjrzał się jej uważniej. Staruszka była trupio sina, nie miała jednego oka oraz złamaną rękę z kością sterczącą z rany. Staruszka raz po raz odbijała się od niego i sprawiała wrażenie, że chce coś powiedzieć. Jean próbował zebrać myśli ale było to dość trudne ze staruszką zachowującą się jak jakiś pieprzony lunatyk. Nagle Jean poczuł lekki ból w lewej ręce – staruszka najwyraźniej próbowała go ugryźć co było dość ciężkie do wykonania dla kogoś, kto nie posiadał własnych zębów oraz sztucznej szczęki. Na początku lekko, a potem dość stanowczo Jean odepchnął staruszkę. Na początku nic sobie z tego nie robiła, ale z czasem na agresję odpowiadała coraz większą agresją. Jean w końcu odezwał się do niej co było błędem. Na dźwięk jego głosu staruszka wpadła w prawdziwy amok i wydając nieartykułowane dźwięki próbowała go atakować. Jean musiał zareagować ostro wobec takiej napaści, co prawda zawsze miał szacunek do starszych osób ale to było przegięcie. Mocne odepchnięcie wytrąciło staruszkę z równowagi i runęła na ziemię. Na długo jej to nie zatrzymało, a powinno, bo po takim upadku z efektownym zaliczeniem stolika i podłogi, jej czaszka nabrała dość nienaturalnego wyglądu. Jedyne co Jean zapamiętam z tamtej chwili to całkowity brak krwi. Staruszka nie krwawiła. Nadal atakowała, zarówno zdrową ręką, jak też i tą złamaną. Działał prawie instynktownie. Chwycił cokolwiek miał pod ręką i zaczął się bronić. Staruszka przestała atakować dopiero gdy z jej głowy pozostała jedynie bezkształtna krwawa miazga, jednak nie przestała się poruszać. Jej ręce i nogi nadal próbowały się przemieszczać, jednak bez kontroli centralnego układu nerwowego – robiły to bardzo chaotycznie. A może to jakiś żart jest po prostu, ktoś go wkręca, umówieni ludzie, stara to jakiś robot, wszędzie są kamery i zaraz jak tylko wybiegnie na ulice to usłyszy głośne „mamy cię!!”. Z maniakalnym uśmiechem wyszedł przed aptekę i czekał na aplauz, na śmiech, na kamery i ludzi lecz nikt nie nadchodził. Koszmar. To koszmar jakiś jest. Pewnie sen. Uszczypnąć się! Ale chwila, staruszka próbowała mnie ugryźć i bolało, to jednak nie jest sen.
Zrezygnowany Jean wrócił do apteki. To co zostało ze staruszki nadal próbowało się poruszać, na zewnątrz dało się dostrzec pierwsze oznaki zapadania zmroku, a do domu było dobre 45 minut dość szybkiej jazdy rowerem. Dobrze że miał wspomaganie elektryczne o dość sporej mocy, w sytuacjach mocno awaryjnych mógł przejechać co prawda jedynie 50 – 60km ale za to na pełnym gazie z prędkością wahającą się w okolicach 70km/h. Nigdy co prawda nie jechał tak szybko takich dystansów bo nie lubił się śpieszyć ale dzisiaj wszystko wskazywało na to, że kupując silnik elektryczny do roweru powinien zdecydować się na ten model 2000W,a nie 1500W.
Drzwi prowadzące za ladę apteki nie były zamknięte, podobnie jak te prowadzące na zaplecze. Jean „poczęstował się” tym czego domyślał się, że będzie potrzebował, nie zostawił co prawda zapłaty, ale zostawił kartkę z imieniem i nazwiskiem oraz listą rzeczy jakie wziął, napisał też że przeprasza i że prosi o kontakt, ale nie znalazł nikogo kto mógłby go obsłużyć, a także, że to była sytuacja mocno awaryjna.
Szybko wrócił do roweru i przepakował zawartość plecaka do jednej z sakw. Teraz market. Co kupić, kasze, ryż, mąkę, wszystko co może długo stać i się nie popsuje. Miód, mrożone mięso, jakieś dżemy i jak najmocniej przetworzone rzeczy. Gdy miał pełny plecak i kilka największych reklamówek popędził w stronę roweru, który zostawił nieopodal kas. W oddali słyszał jakieś szmery i przesuwane puszki i jakieś odległe hałasy spadających towarów z półek. Nie chciał wiedzieć co to jest, w tym momencie ciekawość mogła być rzeczywiście pierwszym stopniem do piekła.
Gdy Jean zapinał ostatnią sakwę i poprawiał mocowania plecaka w oddali zauważył człowieka. Ciężko było stać na złamanej kostce u nogi, ale tamtemu jakoś się to udawało. Jak na razie przybysz go nie zauważył, to dobrze. Wydawało się, że ten podobnie jak stara reaguje jedynie na hałas, a to dawało mu nowe możliwości. Gdzieś tu chyba był jakiś sklep z militariami, miał nieokreślone wrażenie, że może potrzebować czegoś co raczej nigdy nie zaprzątało jego głowy – czegoś metalowego, ostrego i ważącego minimum kilogram. Pechowo sklep znajdował się nieopodal dziwnie wyglądającego faceta. Niby normalny, ale staruszka też z początku nie wzbudzała jego podejrzeń. Ale chwilka, staruszka ruszyła na niego z prawdziwą furią jak tylko się odezwał, może tamten też tak zrobi? Pod ręką miał akurat jakąś bliżej nieokreśloną puszkę, którą postanowił wykorzystać jako „wabik” na tamtego faceta. Football amerykański zawsze był całkiem mocną stroną Jeana, szczególnie rzucanie do celu, którym w tym przypadku była wielka piramida z puszek chyba groszku czy fasolki. Z początku był to całkiem dobry pomysł. Z początku. Hałas jaki wywołała lawina upadających puszek była słyszalna zapewne z wielu setek metrów. Dziwna postać niemal sprintem ruszyła w kierunku hałasu, podobnie jak kilkanaście innych mniej lub bardziej poturbowanych postaci wybiegających z różnych zakamarków sklepów. Jean w myślach mówił sam do siebie – szansa jedna na milion, ja też biegnę. Biegnę do sklepu, w środku żywej duszy, co prawda jest kilka kawałków różnych pewnie już mniej żywych dusz, co napawa mnie niejakim optymizmem, jak widać nie tylko ja miałem ten genialny pomysł zaopatrzyć się w długi i ostry kawałek żelastwa. Dwie maczety zostały w całym sklepie, jakby czekały na mnie. Nie udało się w żaden sposób dostać do broni palnej, była schowana za pancerną wystawą, a hałasowanie w tym momencie nie było najlepszym pomysłem. Na domiar złego nie zostało też nawet kawałka właściciela sklepu, przy odrobinie szczęścia można było liczyć na kawałek z kluczem do broni palnej. Na teraz maczety wystarczą.
Jeszcze jedna głupia myśl. Sklep zoologiczny. Myszy. Jeżeli mam w jakiś sposób się utrzymać przy życiu w tym dość pokręconym świecie to dobrze by było mieć coś do eksperymentów, do poznania natury zagrożenia. – dużo myśli, dużo działania, koniec końców ze sklepu z militariami wziął przydatne rzeczy takie jak krzesiwo, zestawy surwiwalowe, wziął też stare wojskowe pojemniki wielofunkcyjne, można było w nich gotować wodę, przygotować jedzenie, ale też… przewieźć myszy. Sklep zoologiczny pełny był osowiałych zwierzaków, Jean zawsze miał dobre serce i sporo czasu stracił na uwalnianiu całego żywego inwentarza jaki pozostał w sklepie. Wyjątkiem były wszystkie ryby, dla których było za późno. Co prawda udało mu się zabrać ze sobą wszystkie myszy, ale mógł się założyć że nie będzie to dla nich zbyt komfortowa jazda.
Jean ostrożnie wyjrzał ze sklepu zoologicznego, droga do jego roweru była mniej więcej czysta, lunatycznie zachowujący się ludzie dalej zajęci byli hałasującą stertą puszek, jednak lepiej było mieć jedną z maczet w pogotowiu. Plecak poprawiony, myszy w pojemniku zamocowane do plecaka, jedna maczeta wciśnięta za plecak, druga w ręku, zakupy spakowane przy rowerze i upchnięte do granic wytrzymałości plecaka – można iść. Najpierw powoli, skradając się, później coraz odważniej Jean dotarł niemal do roweru. Nie zauważył jednak pustej puszki po coli, którą po prostu rozdeptał. Wszyscy lunatycy, czy jak można było ich nazwać nieumarli odwrócili się w stronę Jeana. Chwila oczekiwania, próba cichego uwolnienia nogi z puszki, kolejny hałas i bieg zombie w stronę Jeana. Akcja jak z filmu, rower ruszający z piskiem tylnej opony napędzanej elektrycznym silnikiem, szaleńczy bieg trupów w pogoni za hałasującym rowerem, wieczór na dworze, tłum na ulicy. Maczeta przydała się raz. Ten jeden jedyny raz, który Jeana będzie nawiedzał w każdym złym śnie. Gdy uciekał przez miasto kierując rowerem jedną ręką, drugą trzymał maczetę. Nieumarli nadbiegali z różnych kierunków, zawsze trochę za późno. Jean zawsze był szybszy, aż do czasu. Nieopodal ulicy zauważył dziewczynkę, która biegła w jego stronę. Niewiele myśląc w ataku paniki Jean zamachnął się maczetą i kątem oka widział, że bezbłędnie dokonał dekapitacji 4 letniego dziecka. Wiele razy próbował sobie przypomnieć czy widział krew, czy grymas na twarz dziecka był wyrazem agresji czy skrajnego przerażenia i szukania pomocy w jedynym dorosłym jaki zachowywał się normalnie. Kilka razy później Jean bardzo ryzykował szukając w tamtej okolicy ciała tej dziewczynki czy jej głowy, czegokolwiek co by potwierdziło lub zaprzeczyło czy była zombie czy jedną z ocalałych, nigdy jednak nie odnalazł nawet skrawka jej błękitnej sukienki.
Szaleńczy rajd zakończył się przy jego domu, gdzie o dziwo było spokojnie. Jak najciszej tylko potrafił odstawił rower do domu, tym razem wstawiając go do kuchni, sam odpiął obie sakwy i z dość wielkim trudem przeniósł całość po ciemku do piwnicy, kilkanaście razy ten nocy chodził praktycznie po ciemku, całkowicie automatycznie zbierając z domu rzeczy jakie mogły mu się przydać. Na koniec pozamykał dokładnie wszystkie drzwi i okna w domu, zastawił je czym mógł i zasłonił całkowicie wszystkie szpary w oknach żeby nic nie dawało świadectwa normalnego życia wewnątrz. Nie wiedział z czym przyszło mu walczyć.
Nie wiedział również jak długo siedział praktycznie bez świadomości w swoim bezpiecznym miejscu próbując uwolnić się z traumy jaką przeżył, wiele razy próbował przypomnieć sobie dziewczynkę, którą pozbawił głowy, wiele razy odtwarzał sobie w pamięci ten fragment jazdy do domu, do bezpiecznego miejsca, za każdym razem jej twarz była zamazana, niewyraźna, ten konkretny szczegół umykał jego wspomnieniom widocznie wyparty przez grozę chwili. Kilka razy później myślał o tym, żeby zwyczajnie się zabić i skończyć tą całą bezsensowną walkę o przeżycie. Wiele razy brakowało mu odwagi żeby pozbawić się życia. Gdyby miał pistolet – wszystko trwało by tylko ułamek sekundy, szybki strzał ze strzelby pozbawił by go całej głowy w ułamku sekundy, wolał to niż powolne wykrwawienie się na podłodze czy połknięcie jakiś leków, po których mógł równie dobrze konać długie godziny w niewyobrażalnych cierpieniach. Poza tym co innego jest żyć samemu, co innego jest samemu umierać. To nie powinno tak wyglądać.
Po kilku dniach do głowy przyszła mu szalona myśl, trzeba by wybrać się na zewnątrz i poszukać czegoś z czym mógłby pracować, w końcu dla biotechnologa coś takiego jak ruszający się kawałek ciała w postaci ręki, nogi czy też całej głowy był by nie lada gratką, czymś w rodzaju wygranej na loterii. Taki materiał do badań – marzenie!
Myszy zamieszkały razem w klatce skonstruowanej z kawałków pleksi, podzielonej na kilka oddzielnych przegródek, w jednej Jean umieścił parkę myszy, samca i samiczkę z dość oczywistych powodów, w dwóch kolejnych odpowiednio umieścił samce i samice zdrowe, dwie ostatnie zachował na osobniki zarażone. Musiał sprawdzić jak zachowują się osobniki zdrowe i chore, co wyzwala w nich agresje, jak dochodzi do zakażenia itd itd itd. W tej chwili wiedział, że powinien zachowywać się cicho, nie musiał jednak martwić się o to, żeby być nie widzialny, nieumarli reagowali głównie na dźwięk, w mniejszym stopniu polegali na wzroku, gdy uciekał z marketu widział przecież osobniki wręcz taranujące różne mniejsze przeszkody, większe co prawda omijały ale tak jakby nie przejmowały się tym co mogło zostać potrącone, przewrócone, czymś co kopnięte mogło zaboleć normalnego człowieka. Wniosek z tego taki, że dopóki zachowuje się cicho – dopóty może w miarę bezpiecznie się przemieszczać.
Po kilku dniach siedzenia w w miarę bezpiecznej piwnicy swojego domu, Jean zdecydował się wyruszyć na zwiad. Z początku trzymał się blisko swojej dzielnicy, sprawdzał okoliczne domy sąsiadów, w kilku z nich dostrzegł uwięzionych nieumarłych, którzy nie byli w stanie wydostać się na zewnątrz. Może byli w miarę sprawni, nawet silni jak na nieżywe osobniki, ale ich inteligencja ograniczała się do prostego „goń i gryź to co wydaje dźwięki i nie jest nieumarłym”. Otwarcie drzwi stanowiło często przeszkodę nie do ominięcia.
Pierwszego nieumarłego na wolności Jean zobaczył mniej więcej miesiąc po ucieczce z miasta. Była nim jakaś dziewczyna w wieku może 20 – 25 lat, siedziała po środku drogi i kiwała się w przód i tył niczym ktoś dotknięty autyzmem. O tym, że jest nieumarłą dobitnie świadczyły bełty strzał tkwiące w jej plecach, nikt z takimi obrażeniami nie mógł by się swobodnie przemieszczać. Z mocno bijącym sercem Jean poszedł do domu po swój rower i maczetę. Już na drodze mocno się skupił, ustawił maszynerię na pełną moc i ruszył w kierunku nieumarłej. Tuż przed nią zawahał się i to omal by go nie zgubiło. Uratował go jedynie łut szczęścia i refleks. Głowa potoczyła się kawałek dalej od ciała, które nadal w pozycji siedzącej poruszało się nieznacznie w przód i tył. Głowa wydawała się nadal żyć na jakimś podstawowym poziomie, oczy pomimo że mętne nadal się poruszały, szczęki rozwierały się i kurczyły próbując ugryźć cokolwiek co znalazło by się w ich zasięgu. Z największym obrzydzeniem zapakował głowę do worka i ruszył w drogę powrotną do domu.
Wiele miesięcy spędził na wstrzykiwaniu w myszy zakażonej krwi pobranej z głowy, budował labirynty dla nich, wpuszczał w nie zdrowe i zarażone osobniki. Dzięki temu dowiedział się, że pomimo pozornej bezcelowości jest jakaś nadzieja na uratowanie tych co zostali zarażeni, nieumarłe myszy nadal posiadały zdolność uczenia się, co prawda była totalnie szczątkowa, ale zawsze.
Skromne zasoby Jeana wkrótce zaczęły się kurczyć. Kolejna ryzykowna wyprawa do szczątków marketu kosztowała go wiele. Uszkodzony rower, bliskie spotkania z wieloma nieumarłymi, niewielkie zapasy, ogromne ryzyko. Z dobrych wieści udało mu się spakować większość sprzętu z apteki potrzebnego do dalszych badań nad tym dziwnym zakażeniem. Dzięki temu przy dość oszczędnym żywieniu udało mu się opracować coś co było dość zbliżone do swoistego antidotum na wirusa nieumarłych. Po tym antidotum myszy zarażone stawały się znacznie łagodniejsze, nie przenosiły już zarazy i znacznie poprawiał się kontakt z nimi, reagowały na dźwięki, ich wzrok działał znacznie lepiej. Co prawda nadal były nieumarłe i nie potrzebowały ani pożywienia ani picia, poruszały się przy tym o wiele gorzej niż normalne osobniki, ale trwające tydzień testy gdzie zarażony osobnik przebywał wśród kilku nie zarażonych nie spowodował rozprzestrzenienia się zarazy. Był jeden minus. Osobniki zarażone reagowały pozytywnie na szczepionkę dopiero po około pół roku a biorąc pod uwagę długość życia i metabolizm, człowiek zareagował by na szczepionkę po sześciu lub więcej latach. To zdecydowanie za długi okres czasu, ale nie dało się inaczej. Nieumarłe jednostki miały metabolizm w ruinie, nic tam nie działało, Jean mógł się jedynie domyślać, że w organizmie żywiciela żyje jakaś pasożytnicza bakteria, która produkuje jakiś związek chemiczny konserwujący swojego żywiciela do tego stopnia, że gdy ten się nie przemieszczał to nie zużywał praktycznie energii. Jednocześnie jak ustalił nieumarli karmili się tym czym mogli, czyli głównie mięsem, nie opłacało im się jeść roślin gdyż te były zbyt mało pożywne. Co ciekawe zombie w ostateczności nie gardziły osobnikami własnego gatunku, kilkakrotnie Jean widział moment, w którym kilka osobników pożerało jednego przypadkowego słabszego nieumarłego. Przeważnie zombie tkwiły całymi miesiącami w letargu wyczekując na jakiś dźwięk przechodzącej ofiary. Bakterie obecne w ciałach nosicieli wykazywały coś w rodzaju zbiorowej inteligencji, posiadały instynkt przetrwania, sterowały ciałami swoich nosicieli w pewnym stopniu, cały zombie był czymś w rodzaju wielkiego chodzącego mózgu złożonego z baterii. Wystarczyło jednak odciąć nieumarłemu głowę – wtedy całość traciła zdolność do przemieszczania się. Obce bakterie w jakiś sposób korzystały z naszych zmysłów, z naszego mózgu, bez tego ciało nadal mogło się poruszać, ale traciło swoją pozorną celowość.
Jean nie zaprzestawał w poszukiwaniach coraz to lepszych szczepionek, z biegiem czasu coraz sprawniej udawało mu się przemieniać zakażone myszy w jednostki obdarzone większą inteligencją oraz mniejszą agresją, takie, które na powrót przyjmowały normalną dietę.
Miesiące mijały, Jean tracił powoli nadzieję na normalne życie, na jakieś wyjście z tej sytuacji. Bieżącej wody nie było, prąd był co prawda za sprawą ogniw słonecznych, ale luksus to też nie był. Samotność była najgorsza. Taka zabawna – samotność wśród tłumów. Tłumów nieumarłych. Co za ironia, gdy jeszcze wszyscy żyli często marudził że czuje się sam pośród tłumów. Teraz dopiero dopadło go znacznie tego stwierdzenia. Jean jednak nie poddawał się. Tego przecież nauczyło go życie. Walczyć, nie poddawać się, być pierwszym, szybszym, lepszym. Walczyć z samym sobą, ze swoimi słabościami, pokonywać swoje ograniczenia.
Głowa, którą Jean zabrał kiedyś z ulicy nadal się poruszała, ale przyszedł ten wielki dzień wypróbowania antidotum. Można było bez większej szkody przetestować, czy jego wysiłki są cokolwiek warte. Może to co zrobił Jean było głupie, ale wyobraził sobie co by sobie pomyślał i jak by się poczuł gdyby nagle się obudził i zobaczył, że jest jedynie głową, na dodatek wyglądającą jakby ktoś nią grał w piłkę nożną. Dlatego też jak tylko mógł – umył głowę dziewczyny i uczesał jej włosy, ustawił ją tak, żeby nie mogła widzieć niczego poza pozorowaną salą chirurgiczną i odbiciem własnej twarzy w lustrze, po czym podał jej serum. Minęło kilka dni po czym głowa zaczęła wykazywać oznaki świadomości.
– Czy mnie słyszysz? – Zapytał Jean – Mrugnij dwa razy jeżeli mnie słyszysz i rozumiesz. – głowa mrugnęła dwa razy.
– Dobrze, jestem Jean, jesteś sparaliżowana ale żyjesz – skłamał – nie możesz mówić bo miałaś zrobioną tracheotomię, dlatego będziemy się porozumiewali za pomocą mrugania. Mrugnij raz na tak, dwa na nie. – jedno mrugnięcie.
– Super. Tu jest tablica z alfabetem morsa. Widzisz literki, spróbuj mówić do mnie za pomocą mrugania dobrze? Raz na tak, dwa na nie.- jedno mrugnięcie.
Pierwsze co dowiedział się Jean zmusiło go do zniszczenia głowy. Jedyne co wymrugała głowa było prostym: „ból zabij”. Niczego więcej nie dowiedział się od głowy zmarłej nastolatki oprócz tego, że cierpi i że pragnie śmierci. Biorąc pod uwagę okoliczności Jean nie był w stanie zniszczyć głowy w żaden normalny sposób, nie przyciągając jednocześnie w okolicę stada nieumarłych. Jedyną dobrą metodą na jaką wpadł było zrzucenie na głowę największego kamienia jaki znalazł co skutecznie rozwiązało problem szybkiej pomocy w cierpieniu zmarłej nastolatki. Po tym wydarzeniu Jean przez wiele dni siedział w ciszy, w totalnym bezruchu. Nie mógł się pozbierać. Cały jego wysiłek poszedł na marne.
Po jakimś czasie zatliła się w nim iskierka nadziei, a co jeżeli ból jaki odczuwała nastolatka był spowodowany oddzieleniem jej głowy od ciała? To było dość logiczne, antidotum w dużej mierze likwidowało obce wirusy, a resztę z ocalałych dezaktywowało na tyle na ile to było możliwe. Dzięki temu myszy, które były zarażone nadal się ruszały, pomimo tego, że technicznie rzecz ujmując nie żyły. To dało Jeanowi nową nadzieję.
Kilka dni później nowa wyprawa była gotowa. Niewielki karabin pneumatyczny z zastrzykami jego autorstwa był przetestowany, stu procentowo sprawny. Rower naprawiony, zapasy uzupełnione na wypadek przebywania w obcym miejscu, informacje w domu pozostawione dla przyszłych pokoleń, na wypadek gdyby ktokolwiek odnalazł jego kryjówkę. Pozostała jedna niewiadoma – Jean nie był do końca pewny jaki skutek ma wstrzyknięcie antidotum do zdrowej jednostki. Testy na myszach były bardzo niejednoznaczne. Jedne osobniki zdychały, inne nieruchomiały całkowicie nie umierając, inne przemieniały się w bardzo agresywne wersje nieumarłych, inne natomiast zachowywały się jakby nigdy nic i to była nadziela dla Jeana, bo późniejsze próby zarażenia tych jednostek nie kończyły się przemienieniem w nieumarłe, jedynie nieznacznie modyfikowały zachowanie myszy.
Zapadła decyzja, szybki zastrzyk, godziny obserwacji w lustrze i decyzja – idziemy. Sprzęt sprawdzony, rower działa, zastrzyki są, strzelba działa, uzbrojona, naładowana. Maczety są. Można jechać. Do miasta, zapolować, a w zasadzie to dokonać czegoś przeciwnego do polowania. Przecież jedzie tam strzelać czymś co przywróci życie. Z tą dobrą myślą Jean wyruszył z domu. Zanim odjechał napisał sprayem na fasadzie budynku wielkimi literami: „w środku znajduje się antidotum! szukajcie w piwnicy!” na wypadek gdyby miał jednak nie powrócić.
Do miasta zostało mu niewiele drogi, czuł rosnące podniecenie, pewną ekscytację, przecież jeszcze chwila i spełni się to nad czym pracował przez te dwa lata, zwieńczenie jego wysiłków. Wszystko było by pięknie i praktycznie perfekcyjnie gdyby nie pękła mu opona w rowerze. Przednia. Rower stanął dęba, co przy prędkości blisko 70km/h stanowiło dość poważny problem. Brak kasku dokończył to, co rozpoczęły nieustępliwe prawa fizyki. Jean leżał na ulicy. Rower z głośnym zgrzytem odbijał się jeszcze kilka razy po czym zaczął kręcić bączki bo zablokowała się manetka gazu, co przy leżącym pojeździe dawało dość konkretny hałas. Jean słyszał powłóczyste kroki nieumarłych ale nie mógł się poruszyć, zapewne miał uszkodzony rdzeń kręgowy. Czuł gdy pierwsi z nich zaczęli gryźć jego nogi i ręce. Czuł jak ktoś rozrywa mu policzek i krtań, czuł rozszarpywany brzuch i modlił się, żeby to skończyło się jak najszybciej, jak na złość czas zwalniał. Ostatnim co Jean widział była naga czaszka dziecka wraz z leżącym nieopodal strzępem błękitnej sukienki.

Written by DeVilio

03/05/2015 at 21:22

Napisane w Uncategorized